Stoimy w kolejce do kasy w P&P; w koszyku doniczka ze świeżą bazylią, kilka bułek, jagodowy powerade i papier toaletowy. Gorąco, mimo klimatyzacji wywołującej przeciągi w całym centrum handlowym. Coś mi doskwiera, jakiś dyskomfort. Wiercę się w miejscu, przestępuję z nogi na nogę, patrzę bezmyślnie na wszystkie strony, co chwilę sprawdzam, która godzina. Piotr nachyla się do mnie i z tym swoim niepowtarzalnym uśmiechem, o którym Dokładnie Wiem Co On Oznacza, pyta się: Masz ochotę na lody? Patrzę na niego mało przytomnie i mówię: W tej chwili jedyne na co mam ochotę, to zdjąć buty.
A więc to buty. Cholerne szpilki. Nie takie znów wysokie, zaledwie 8 cm. Całkiem wygodne, gdy się w nich siedzi za biurkiem i czasami przejdzie się tu i ówdzie po offisie. Bardzo wygodne do prowadzenia samochodu (kiedyś, w epoce dominacji płaskich pantofli, wydawało mi się nie do pomyślenia, żeby wsiąść za kierownicę w szpilkach, ale od pewnego czasu żywię głębokie przekonanie, że nic tak dobrze nie podpiera stopy operującej na pedale sprzęgła jak wysoki obcas). Świetnie prezentują się na nodze, po prostu sam miód. Gorzej, gdy zamiast funkcji ozdobnej zaczynają pełnić funkcję buta do chodzenia. Nie, żebym od razu pół Warszawy w nich obeszła, absolutnie: wystarczyło pokręcić się po klimatyzowanym bądź co bądź centrum handlowym, wejść do kilku sklepów i postać w tych szpilkach w krótkiej kolejce do kasy, a okazuje się, że mam ochotę wrócić do domu na bosaka. Jest gorąco, noga przyobleczona w prawie niewidoczną lycrę 8 den, szpilki gniotą, ściskają, torturują moje stopiszcza, bolą mnie palce, wszystko mnie w tych cholerach gniecie, uwiera, stopy płoną i wołają wielkim głosem o miskę pełną lodowatej wody.
W samochodzie puszczam na stopy zimny nawiew z klimatyzacji i tortura ustępuje na czas przejazdu do domu. Szpilki są super do prowadzenia auta, myślę, że sprawdziłyby się nawet jako standardowe obuwie kierowców F1, bo oni noszą zdaje się takie miękkie, bezkształtne, oczywiście całkiem płaskie biszkopty, a tak doceniliby chłopaki co to znaczy obcas w samochodzie, jakie wsparcie, jaki komfort!
W windzie horror wraca. Wygłaszam do Piotra tekst, który na takie okazje mam zawsze na podorędziu: Ten, kto wymyślił szpilki, z pewnością był facetem. Za karę powinien nosić dziesięciocentymetrowe szpilki do końca swego pozagrobowego życia. Rzuciwszy tę klątwę dodaję w myślach, że same szpilki to za mało, aby zrekompensować moje cierpienia: powinien je nosić na gołe stopy, w piekielnym upale i koniecznie, ale to koniecznie! chodzić w te i we wte po kostce bauma!
Myślałam o tym wszystkim dzisiaj wcześnie rano, o zwykłej porze biegnąc przez Wolę i Jelonki. Stopy pozostawały ciche, ubrane w buty biegowe, w których mają dla siebie całe mnóstwo miejsca. Palce, nie ściśnięte cielęcą skórą zszytą w szpic, poruszały się swobodnie we wszystkich kierunkach, ocierając się o miekką skarpetkę. Pięty mocno osadzone w zapiętkach butów, przysznurowane do cholewek, spokojnie robiły swoją robotę odbijając mnie miarowo od podłoża. Śródstopie milczało, kompletnie nieobecne w mojej świadomości.
Moje Drogie Stopy. Nigdy przenigdy mnie nie zawiodłyście. Ten jeden raz, kiedy o świcie podkasawszy ślubną suknię musiałam iść na bosaka do taksówki, trzymając szpilki w rękach, ten jeden raz już Wam dawno wybaczyłam; zresztą – sama sobie byłam winna, bo kto to widział przez czternaście godzin chodzić, tańczyć, biegać w takich czarcich pantofelkach? Drogie Stopy. Zawsze traktowałyście mnie dobrze i z wyrozumiałością. Nosicie mnie cierpliwie po tym łez padole i nawet gdy zmuszam Was do biegu przez kilkadziesiąt kilometrów, nawet wówczas nie słyszę od Was ani słowa wymówki, ani słowa pretensji, potraficie dzielnie i z godnością znieść wszelkie obciążenia, jakie Wam funduję. Jesteście znacznie fajniejsze niż moje hipochondryczne Lewe Kolano, albo ten przemądrzały Kręgosłup, wredny szantażysta. Obiecuję Wam, że te nieszczęsne szpilki będę od Was trzymać na dystans; jakoś musicie znieść te kilka godzin w pracy, ale poza tym obiecuję – żadnych marszów przez świat, żadnych szaleństw. Żadnych tortur. Dzisiaj, w ramach rekompensaty za ten wczorajszy, pożałowania godny incydent, zapraszam Was do spa, gdzie zajmą się Wami profesjonalne ręce. Na zawsze Wasza, Z.
P.S.1. Po pobieżnym goooglowaniu: szpilki wymyślił XIX-wieczny fizyk Olbrecht Kliczka. A nie mówiłam?
P.S.2. Dzisiaj: 10 km, czas 01:00 (aha! o dwie minuty szybciej niż we wtorek), tętno – lepsze. Waga – 56 kg.





3 comments
Comments feed for this article
czerwiec 7, 2008 @ 9:00 am
Karol
Na stronie runmania dowiedziałem się, że mam 7kg nadwagi biegacza, co wydaje się dziwne kiedy mówię to znajomym:)
Ja dzisiaj zaliczyłem najgorszy trening w historii, jestem rozmyty…
czerwiec 7, 2008 @ 9:48 am
Mag
Szpilki, szpilki. To jedne z tych tortur, które same sobie wymyśliłyśmy;) Chcemy się podobać, chcemy ładnie wyglądać – wszak wiadomo, że w takowych i nogi smuklej wyglądają i cała figura jawi się jakoś wyraźniej;)
Niemniej na dłuższą metę chyba nie warto – bo nie ma nic bardziej przyjemnego ( i zdrowego!) niż wygodne obuwie.
Np. w Szwecji kobiety już dawno zrezygnowały z procederu, jakim jest noszenie tego obuwia i cenią sobie wygodę! o!
Mhmm… mnie od kilku lat marzą się takowe czerwone… Ale to, ot tylko takie dumanie. Zdrowie ważniejsze! (: Pozdrawiam, joy.
czerwiec 7, 2008 @ 9:36 pm
joycat
Karolu, są biegi lepsze i są biegi gorsze
Ja średnio raz w tygodniu zaliczam najgorszy bieg mojego życia. Czasami trzeba sobie odpuścić. Makaron i czerwone wino na kolację – jutro będziesz jak nowonarodzony!
Mag – jedną z moich dewiz jest, że najlepszym sposobem na pozbycie się pokusy jest ulec jej
Czerwone szpilki? Dlaczego nie? Każda kobieta powinna je mieć w szafie. Idealnie komponują się z wieczorami przy czerwonym winie
Pozdrawiam Was!