Na siódmym kilometrze przebiegałam obok budki sprzedającej alkohole w trybie 24 h. Budka opisywana przeze mnie już kilkakrotnie, o godzinie za kwadrans szósta była już (wciąż?) otwarta, a przed jej drzwiami uformowała się niewielka kolejka składająca się z mężczyzny w wieku nieokreślonym, który właśnie pochylał się do okienka wydawczego, żeby uiścić należność za wino, oraz z dwóch dziewczyn. Jedna z nich stała obojętnie za mężczyzną i paliła papierosa czekając na swoją kolej. Biegnąc zarejestrowałam tylko jej długie tlenione na blond włosy, pomarańczową bluzeczkę i prawie całkiem odkryte nogi na bardzo wysokim obcasie.

Druga z dziewczyn, ewidentnie kumpela tej pierwszej – bo obie panie wyglądały jak odlane z tej samej sztancy - stała trochę z boku, swobodnie, jakby na coś czekała. Jej sylwetka i koloryt tak silnie odcinały się od szarego chodnika, że mój błądzący po ulicy wzrok zatrzymał się na niej i pozostał w niej zakotwiczony do momentu, aż mijając ją musiałam odwrócić głowę.

Kolorowa, przejaskrawiona i nieco kiczowata obecność dziewczyny na szarym nierównym chodniku ulicy Olbrachta we wczesnoporannych godzinach dnia czerwcowego była tak nieadekwatna, tak niepasująca do okoliczności, tak odrębna, że nie mogłam od niej oderwać wzroku. Dziewczyna była wysoka, mocno opalona - zdecydowanie solarium. Króciutka dżinsowa spódniczka, obcisła bluzka uwydatniająca ładny biust. Nogi jak Empire State Building, ubrane w niebotyczne szpilki. Ciemne włosy do ramion, harmonijna twarz modelki nie zeszpecona zbyt mocnym makijażem. Jakaś nieistotna torebka na ramieniu. Najważniejsze były jednak buty: wykonane chyba ze szczerego złota sandały z mnóstwem pasków, fason à la rzymski sandał na koturnowym obcasie. Gdyby zamknąć je w piwnicy, świeciłyby własnym światłem. Są takie przedmioty w naszym otoczeniu, które aż się proszą, aby na nie patrzeć i same wpadają w źrenice naszych oczu. Te szpilki takie właśnie były: w porannym słońcu lśniły i płonęły, i wołały: Patrz na nas! Patrz!

Obecność dziewczyny przed budką z alkoholami zauważyłam i zarejestrowałam na jakieś dziesięć sekund zanim ją minęłam. To było kilkanaście zaledwie biegowych kroków. Ona też mnie zobaczyła: patrzyła mi prosto w oczy, może we własne odbicie w lustrzanych szkłach moich ciemnych okularów. Patrzyła na mnie z zainteresowaniem: byłam dla niej równie egzotycznym okazem biegnąc po ulicy w pełnym rynsztunku biegacza, jak ona dla mnie: luksusowa call-girl, która nie zdążyła jeszcze wsiąść do taksówki i wrócić do domu po pracowitej nocy.

Była zaciekawiona, a jednocześnie melancholijna, z wypisaną na twarzy zrezygnowaną zazdrością typową dla osób w pełni pogodzonych z sytuacją, w jakiej się znajdują i które już – albo na razie – nie próbują szukać innych dróg. O czym myślała przez te kilka sekund, gdy patrzyłyśmy sobie w oczy? Czy myśli o mnie nadal? Bo ja o niej tak.  

***************************************************************

Wczorajszy kopniak w dupę, jakiego sobie publicznie wymierzyłam, podziałał na mnie całkiem trzeźwiąco. Rano na dźwięk budzika stanęłam na baczność przy łóżku, zasalutowałam chrapiącemu Piotrowi i po kwadransie wybiegłam z domu. Piękny, słoneczny poranek, o piątej było jeszcze całkiem rześko, godzinę później w powietrzu wisiał już upał. Gdy zatrzymałam się pod domem, to nawet zaliczyłam lekkie zasłabnięcie włącznie mroczkami w oczach, aż musiałam na moment przysiąść na ławce; to mi się generalnie nie zdarza, może powinnam była zjeść wczoraj obiad zamiast napychać się ciastkami z kremem (bo dziadkowie przyjechali do wnuka z okazji Dnia Dziecka i urządziliśmy sobie podwieczorek). Tak czy siak: zaliczone 10-kilometrowe rozbieganie, czas 01:02, na średnim tętnie 168 ud/min.