czerwiec 2, 2008...10:10 am

Podsumowanie maja

Przejdź do Komentarzy

Tradycyjny comiesięczny look w moje biegowe statystyki. Nie jest dobrze. Powiem więcej: jest całkiem źle. Wprost badziewnie. Moje plany przygotowań do jesiennego maratonu zakładały stały przyrost miesięcznego kilometrażu o około 15%. Tymczasem progresu nie ma – jest regres, w maju przebiegłam mniej niż w kwietniu. I ten godny pożałowania fakt napawa mnie wstydem. Wpędza mnie w zły humor i czuję coś jakby ból zęba. Mało tego: to wszystko sprawia, że jesienny maraton staje się wydarzeniem mgławicowym: można go już chyba zaliczyć do kategorii Mrzonki.

To znaczy prawda jest taka, że jeżeli natychmiast nie podejmę jakichś działań naprawczych, to z maratonem w zasadzie mogę się pożegnać. Zostały tylko cztery miesiące. Powiedzmy, że jako-tako jestem rozbiegana, ale od tego mojego rekreacyjnego truchtu na stałym dystansie 10 km do pełnego maratonu droga daleka. Lata świetlne.

Pobiczuję się jeszcze chwilę:

  • łączny majowy kilometraż: 115 km (w kwietniu 130 km, czyli spadek o 12%)
  • 12 treningów w miesiącu, w tym 2 razy start w zawodach (Bieg Konstytucji 3 Maja, Bieg Truskawki), czyli de facto 10 treningów; w kwietniu zrealizowalam 13 treningów; w maju zaplanowanych biegów miałam 20, a więc zrobiłam tylko niewiele ponad 50%. Boszszzzz….
  • średnia tygodniowa: tylko 25 km, w porównaniu z 30 km w kwietniu, dziewczyno, obudź się!!
  • średni dystans na treningu: 9,5 km
  • łączny wydatek energetyczny: 7593 kcal w porównaniu do 8018 kcal w kwietniu
  • zaposiadane kilogramy: nie znane

Wszędzie spadki.

I tak to wygląda. Beznadziejnie. Nic dziwnego, że potem umieram biegnąc po leśnych górkach, gdy temperatura podniesie się choć o kilka stopni powyżej zera: po prostu brak treningu procentuje brakiem formy i nie ma to tamto, jakieś śmieszne wykręty o upale. Szkoda słów.

Jeżeli czerwiec nie przyniesie znaczącej poprawy, to bądźmy szczerzy: będę musiała zweryfikować plany startowe na jesień. Zdefiniujmy sobie od razu określenie znacząca poprawa, żeby potem, gdy przyjdzie do podsumowywania czerwca, nie było niedomówień. Otóż ma to być osiągnięcie co najmniej poziomu kwietniowego, czyli 130 km, ale za progres uznam dopiero taki stan, gdy w stosunku do kwietnia rzeczywiście odnotuję przyrost kilometrażu. Ustawmy więc sobie poprzeczkę na czerwiec na poziomie 145 km.

Na total-counterze widnieje wartość: 8697 km. Od dziesięciu tysięcy dzieli mnie 1303 km. Miesięcznie musiałabym biegać po 186 km, żeby nadrobić straty. Raczej nierealne.

Komentarzy: 2

  • To ja się pochwalę/ponarzekam, że wybiegałem w maju 110km, ale bez dwóch tygodni kiedy to się kurowałem. W porównaniu z kwietniem to poprawa o ponad 50%, ale wtedy miałem za cel Harpagana i chodziłem głównie.
    3mam za udany czerwiec!
    Ja chcę wybiegać 200km, albo pojechać na Grassora, także plany są:)

  • 110 km – zacny wynik. Oby tak dalej! A ja się muszę solidnie wziąć w garść, taka to prawda. Niech tylko omijają nas kontuzje!


Napisz odpowiedź