You are currently browsing the monthly archive for czerwiec 2008.

Nad Warszawą przeszła po południu burza. Towarzyszyło jej solidne oberwanie chmury. Pierwszy porządny deszcz od ponad miesiąca, co niestety nie ratuje sytuacji, bo miejskie trawniki zostały unicestwione przez bezlitosne słońce już jakieś dwa tygodnie temu. Gdy się jedzie przez miasto, krajobrazy są iście bliskowschodnie, brakuje tylko palm (o przepraszam, mamy jedną: stoi / rośnie na Rondzie De Gaulle’a). Deszczowej nawały nie wytrzymał podobno dach Złotych Tarasów: zalało kilka sklepów. To dosyć zabawne: taka inwestycja, a przecieka niczym niechlujnie położona papa na dachu altanki ogrodowej.

Read the rest of this entry »

Oczywiście mam na myśli bieganie. Ale wiem, że to tak na pozór wygląda: te dystanse, które człowiek zwykle  przemierza głównie miejską komunikacją, względnie rowerem lub – w ostateczności – na wrotkach, tymczasem ja potrafię je przebiec; te barbarzyńskie poranne pobudki, kiedy zrywam się na bieganie nieprzytomna jak poborowy w trakcie pierwszego roku służby, podczas gdy normalni ludzie przekręcają się wówczas na drugi bok i naciągają kołdrę na głowę. Ale to naprawdę nie jest żadne bohaterstwo. Nazwałabym to raczej ciężkim uzależnieniem.

Read the rest of this entry »

Susza w Warszawie nie ustępuje, podobnie jak stan mojego permanentnego zmęczenia (do urlopu jeszcze miesiąc!), więc mimo że już o trzeciej nad ranem zaczynają tuż nad moją głową śpiewać rozmaitych gatunków ptaszki, to wstaję dopiero o szóstej i o bieganiu mowy nie ma. To się oczywiście musi zmienić, ale jeszcze nie wiem kiedy. Jeszcze trochę pracy, trochę mobilizacji.

Przeglądając moje fotograficzne archiwa w poszukiwaniu zupełnie innego zdjęcia, trafiłam na fotkę, która ładnie spina Warszawę z bieganiem. Zrobiłam ją (fotkę, nie Warszawę) już prawie dwa lata temu, w trakcie 28. Flora Maratonu Warszawskiego (17 września 2006), na piątym (a może szóstym?) kilometrze trasy. Czołówka była niesamowicie rozpędzona i ledwo zdążyłam złapać elitę w kadr. Zawodnik ze zdjęcia biegł mniej więcej na dziesiątej pozycji. Fotka jest kiepsko skadrowana, ale lubię ją, bo niebo ładne, fotogeniczny Pałac Kultury, no i ten biegacz w barwach narodowych.

Blogowanie poszerza horyzonty i znajomości. Najpierw myślałam, że będę blogowała tylko dla siebie, ale szybko zmieniłam zdanie dochodząc do wniosku, że czasy pisywania do szuflady dawno już minęły i że fajnie jest mieć czytelników. Potem nieoczekiwanie, idąc po tak zwanej nitce do tak zwanego kłębka, poznałam kilku ciekawych blogerów, jak się okazuje kwiat poznańskiej polonistyki (Karol, Mag, Sis), i od jakiegoś czasu żegluję trochę po klimatach literacko-poetycko-artystycznych o zabarwieniu nierzadko mocno autoironicznym. I już, już myślałam sobie, że w tym miejscu kończy się blogosfera, gdy nagle, nie wiadomo którędy, trafiła na mojego bloga Lavinka i zaprosiła mnie do Grupy Trzymającej Warszawskie blogi.

Read the rest of this entry »

Przerzuciłam trzy tony węgla i miałam chwilowo trochę oddechu. I trochę wolnego czasu – całe jedno popołudnie tylko dla siebie – z którym nie za bardzo wiedziałam, co zrobić. Cierpię na ostry syndrom pracoholika: życie tak wypełnione harmonogramami, obowiązkami, zadaniami i celami do zrealizowania, że gdy w międzyczasie pojawia się taka kategoria zdarzeń, jaką jest Czas Wolny, to kompletnie głupieję. Tak było dzisiaj w południe. Rodzina na wyjeździe, właśnie skończyłam z ostatnim wagonem i nagle się okazało, że nie mam nic do zrobienia. Rzecz niebywała. Co począć z tak nieoczekiwanym prezentem od losu?

Read the rest of this entry »

Mija dziewiąty dzień, odkąd biegałam po raz ostatni. I jestem już na ostrym głodzie, czego objawem jest myślenie o butach biegowych, wspominanie ostatnio przebieganych tras oraz żenujące oglądanie się za wszystkimi biegaczami napotkanymi na ulicy. Dzisiaj przez takiego jednego o mały włos, a spowodowałabym wypadek. W sposób klasyczny zawiesił mi się twardy dysk na widok zgrabnego chłopaka, przebiegającego przez jezdnię na skrzyżowaniu Prymasa Tysiąclecia z Górczewską.

Read the rest of this entry »

Realizuję się ostatnio jako matka. To dość niezwykły dla mnie stan, bo generalnie – i niestety – jestem matką wieczorową, względnie weekendową, a przecież i to nie zawsze… Tym razem trochę z konieczności (Druga Połowa zagranicą), a trochę z autentycznej potrzeby serca, aby cementować tę naszą Ciągle Mi Się Wydaje, Że Zbyt Wątłą Relację, po powrocie z pracy rzucam wszystko w kąt, przebieram się w podwórkowy ciuch i idziemy z Maksiem w tango.

Read the rest of this entry »

Dziwna sprawa. Ilekroć Piotr leci do Tel Avivu, tyle razy wylewa pralka. Dziś zdarzyło się to po raz trzeci; poprzednie dwa razy były na jesieni, w odstępie miesiąca. Za każdym razem, łącznie z wypadkiem dzisiejszym, pralka toczyła pianę podczas prania ręczników, a ja nieświadoma wodno-mydlanej katastrofy, właziłam w skarpetkach w sam środek kałuży rozlanej po przedpokoju.

Read the rest of this entry »

Ostatnio zdaje się coś napomknęłam o tym, że potrzebuję urlopu. Mimo, że nie mam szans na wakacje w najbliższej, dającej się przewidzieć przyszłości, to jednak temat przebija się na  światło dzienne i wymaga dosadnej artykulacji. Chęć udania się na długi urlop czuję szczególnie intensywnie wówczas, kiedy jestem po przeprowadzonej kulturalnym, spokojnym tonem dyskusji z Szefem na tematy różne, ale wszystkie bez wyjątku dotyczące sposobu, w jaki uprawiam moje dość już rozległe poletko. Generalnie powinny go interesować kierunki strategiczne, a więc w którą stronę sterowany przeze mnie kombajn podąża. Tymczasem wtrąca się do kwestii tak błahych, jak sposób i częstotliwość ostrzenia motyki. Może więc powinnam sobie odpuścić i wyjechać precz. Niech pole odłogiem leży, niech się chwasty plenią. Szef sobie poradzi.

Read the rest of this entry »

W filmie Angielski pacjent usłyszeć można taki dialog:

ALMÁSY
What do you love?
Say everything.

KATHARINE
What do I love?  I love rice pudding,
and water, the fish in it, hedgehogs!
The gardens at our house in Freshwater -
all my secret paths.

(…)

ALMÁSY
What else?

KATHARINE
Marmite*** – addicted!  Baths – not
with other people!  Islands.  Your
handwriting.  I could go on all day.

Ilekroć myślę o tej mojej żabiej inklinacji do skakania po kałużach i o pierwotnym umiłowaniu deszczu, tyle razy zawsze przypomina mi się ten dialog.

Read the rest of this entry »

 

czerwiec 2008
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Klikalność

  • 23,179 odwiedzin
Add to Technorati Favorites