Prawa Murphy’ego rządzą naszym światem. Weźmy na ten przykład parasole. Bierze się parasol wychodząc rano do pracy – bo podobno ma padać – a tymczasem do końca dnia nie spada nawet jedna kropla deszczu. Następnego dnia – ta sama historia. Trzeciego dnia wygląda się rano przez okno – błękit nieba ostro lśni, na pewno nie będzie padać – więc z czystym sumieniem parasol zostawia się w domu. Efekt? Wychodzi się z pracy w sam środek oberwania chmury. Podobnie jest z myciem samochodu. Można przez tydzień, przy pięknej pogodzie, jeździć zakurzonym autem; w końcu decydujemy się oddać pojazd do myjni, gdzie doprowadzają go do lśnienia i wysokiego błysku karoserii. Następnego dnia budzi nas stukanie deszczu o parapet. Wystarczy krótki przejazd do pracy, a samochód znów uświniony.

Okazuje się, że ta zasada dotyczy również aparatów fotograficznych. Nie wiem, jaki procent populacji wyposaża się na codzień w aparat (większość ma go pewnie w komórkach), ja należę niestety do tych upośledzonych, którym bez aparatu czegoś brakuje, więc przeważnie mam go przy sobie. I przeważnie nie robię nim żadnych zdjęć. Ale za to wiem, że jak coś ciekawego zobaczę, to na pewno zrobię świetną fotę.

No ale dzisiaj, gdy wychodziłam późnym popołudniem na bieganie do lasu, stwierdziłam, że warunki oświetleniowe będą już słabe, a poza tym na pewno nie spotkam żadnego mitycznego łosia, więc mój aparat został na biurku. I zgodnie z wszelkimi przekornymi prawami, które sprawiają, że zawsze jest inaczej, niż nam się wydaje, że będzie, swojej decyzji pożałowałam już na pierwszym kilometrze.

Biegnę sobie utartą ścieżką, wczesna Madonna z okresu nowojorskiego disco łupie mi w uszach, i nagle przez te soczyste bity przedziera się do mojej świadomości głośny odgłos wystrzału z broni palnej. Generalnie rzecz biorąc nie wzruszyło mnie to, bieganie pod ostrzałem jest jedną z moich specjalności, jako że Las Bemowski – jak już kiedyś wspominałam – częściowo jest wykorzystywany jako poligon dla kadetów Wojskowej Akademii Technicznej i tak się składa, że ten poligon otwarty jest dla gawiedzi, więc czasami zdarzało się nam wpadać w sam środek ćwiczeń poligonowych, kiedy nad głową świstały ślepaki. Spokojna jak muszka wybiegam więc z lasu na skraj poligonu, a tam scena jak z Cienkiej czerwonej linii: w trawie po pas, w hełmach, z karabinami wystawionymi do strzału, sunie wolno pięcioosobowy oddział piechoty i rozpoznaje teren. No kurcze, jakbym widziała marines zdobywających wzgórze 210 w bitwie o Guadalcanal! A ja nie mam czym zrobić zdjęcia!

Trzy kilometry później patrzę, a coś tupta w poprzek ścieżki. Jakby szczur-mutant, albo spasiona wiewiórka bez ogona. Podbiegam, zatrzymuję się, wytrzeszczam swoje krótkowzroczne oczy, a tu jeż! O jeżu!! Jaki ładny! Wyszedł pewnie na przechadzkę – brakuje mu tylko czerwonego jabłka posadowionego na kolcach. A ja znowu nie mam czym zrobić zdjęcia..! Próbuję do niego zagadać i skłonić go, aby zszedł ze ścieżki, którą co chwila w pełnym pędzie przejeżdżają rowerzyści. Niestety jeż nie daje się przekonać i pozostaje znieruchomiały, defensywnie najeżony. Mam jednak nadzieję, że wkrótce pójdzie po rozum do głowy i wróci w te swoje krzaki. Biegnę dalej.

Na dziewiątym kilometrze, gdy ziejąc jak pies osiągam jakieś zawrotne wartości tempa i tętna, wpadam w sam środek oddziału kadetów, którzy na samym środku mojej (!) ścieżki ćwiczą COŚ. Nie wiem co, bo tylko śmigam im przed nosem, zauważam jednak stoper w ręku gościa ubranego w dres w przeciwieństwie do kadetów wystrojonych w tym upale w mundury polowe i wielkie czarne buciska. Jeżeli w nich biegają – gratuluję! Wyrazy współczucia chłopaki! Zauważam również dziwne ożywienie w poligonowym małpim gaju: jakieś gorączkowe podciąganie się na drążkach, jakieś pompki, zwisy na drabinkach, jakaś kadetka z włosami w kucyk wskakuje do takiej specjalnej dziury w ziemi, a następnie z niej wyskakuje jak na sprężynie. I tak kilka razy, a obok niej umundurowany gościu, który poucza ją, jak prawidłowo wskakiwać. Zbliża się czas zaliczeń, odchodzi ostre wkuwanie przed sesją! :-)

Tak więc nie mam z dzisiaj marnej nawet fotki. Przeleciałam przez Łosiowe Błota jak burza, uciekając przed komarami. Tętno na mecie 178 ud/min – gruba przesada, na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że o 19. było jeszcze dość ciepło. W czwartek biegam rano. W sobotę – Bieg Truskawki, Pit zaprosił mnie do pary! :-)

P.S. Na zdjęciu – widok z mojego balkonu: letni miejski wieczór. Nawet lubię to nasze osiedle.