maj 26, 2008...2:02 pm

Ucieczka pana Richisa

Przejdź do Komentarzy

Obejrzeliśmy wczoraj wieczorem Pachnidło Toma Tykwera. W drugiej połowie filmu jest sekwencja, gdy Grenouille wybiega w pośpiechu z miasta Grasse i kierując się drogą na południe goni uciekających konno pana Richisa i jego córkę Laurę. Pokazane jest to w ujęciu trwającym pewnie ze dwie minuty, pan Richis i Laura galopują bez wytchnienia co koń wyskoczy, wiatr zrywa Laurze z głowy kapelusz, włosy rude rozwiewają się niczym sztandar zapowiedzianej klęski, a za nimi, niczym ponure memento mori, podąża biegiem Grenouille prowadzony olfaktoryczną ścieżką, nieusuwalnym śladem Laury. Odnosząc się do czasu filmowego ta pogoń trwa cały dzień. Widzimy, jak pod wieczór pan Richis i Laura docierają ni to zamku, ni to gospody nad brzegiem morza. W nocy, a więc kilka godzin później, w to samo miejsce dociera Grenouille. A więc dogonił ich.

Podobna scena, tyle że znacznie bardziej spektakularna, jest w filmie Władca Pierścieni – Dwie Wieże. Słynny pościg Legolasa, Gimliego i Aragorna za oddziałem orków, które porwały Merry’ego i Pippina nie pozostawia nikogo obojętnym, zwłaszcza, że wszystko rozgrywa się w przepięknych okolicznościach przyrody. Nasi bohaterowie biegną praktycznie bez odpoczynku przez cztery dni, pokonując – jak wyliczyli znawcy tematu – około 200 kilometrów. Kilometraż i czas trwania tego biegu sytuują go w pobliżu ekstremalnych ultramaratonów. To co podnieca laików, a denerwuje osoby, które mają jako-takie pojęcie o bieganiu długodystansowym, to fakt, że wszyscy trzej wyżej wymienieni panowie biegnąc w pełnym uzbrojeniu, bez jedzenia i picia, zachowują pełną świeżość i nienaruszone – zdawałoby się – zapasy energii na całej długości pokonywanego dystansu. Szczególnie irytujący jest Legolas (w pełnym wdzięku wykonaniu Orlando Blooma, zwanego przez męża mego Drewniakiem), który sadzi tymi swoimi długimi odnóżami przepiękne, klasyczne susy, a zatrzymuje się tylko po to, aby zrobić słupka jak surykatka, i zbadać widnokrąg: czy nie leci za nimi kontrpościg.

Wysunę w tym miejscu tezę, że ani Tom Tykwer, ani Peter Jackson, o biegach długodystansowych nie mają zielonego nawet pojęcia, co sprawia że obie opisane wyżej filmowe sekwencje tracą wiele na swej wiarygodności. Pomijając tę oczywistość, że obie fabuły opisują wydarzenia z kategorii Bajki Świata, chciałoby się jednak wymagać minimum prawdy w odwzorowywaniu praw fizyki. Aby dogonić Richisa, Grenouille musiałby pokonać pieszo, dość szybkim biegiem, około 50-70 km: bo pewnie mniej więcej tyle można przejechać konno w ciągu jednego dnia. Powiedzmy to sobie jasno: dla człowieka niewytrenowanego jest to po prostu niewykonalne, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, że w połowie XVIII wieku ludzie poruszali się głównie pieszo i mieli zapewne nieporównanie lepszą kondycję niż przeciętny przedstawiciel XXI-wiecznej europejskiej klasy średniej. Filmowy Grenouille nie odznacza się jednak nadzwyczajnymi warunkami fizycznymi: jest średniego wzrostu, raczej zabiedzony, biega krzywo, a na domiar złego lekko kuleje.

W przypadku Władcy Pierścieni skłonna jestem zgodzić się, że taki forsowny pościg za orkami te-o-re-tycz-nie był wykonalny i nasi bohaterowi mogli nawet osiągnąć oddział orków w dość dobrej kondycji. Pod warunkiem wszelako, że: będą się odżywiać i nawadniać na trasie oraz stawać regularnie na popas w celu regeneracji nadwątlonych sił. Miłośnicy Tolkiena zakrzykną tutaj pewnie wielkim głosem, że Legolas jest elfem, a więc jest silny i niezwyciężony, Gimli jako krasnolud odznacza się niespotykaną wytrzymałością fizyczną (mimo wszystko pozostanie dla mnie zagadką, jak na tych swoich krótkich nóżkach może dotrzymać kroku długonogiemu Legolasowi), a Aragorn jest przecież Dunedainem, w którego żyłach płynie krew numenorejska, co oczywiście, w sposób bezdyskusyjny tłumaczy jego wytrzymałość cyborga. No tak, ale co z jedzeniem? Czy lembasy rzeczywiście były aż tak kaloryczne, że zjedzenie jednego wątłego suchara powodowało natychmiastowe załadowanie akumulatorów? Te lembasy wyglądają według mnie dość podejrzanie – przez cały film mnie męczyło, jak oni są w stanie na nich przeżyć. Załóżmy jednak, że lembasy pełniły funkcję dzisiejszych żeli energetycznych i odłóżmy kwestię odżywiania na bok. Najbardziej wkurzające jest to, że gdy trzej panowie postanawiają ostatecznie się zatrzymać, to wszyscy wyglądają tak, jakby właśnie skończyło się czekanie na kręcenie kolejnej sceny i pan Jackson wezwał ich na plan: ich czół nie rosi jedna nawet kropla potu.

Film kreuje zatem nieprawdziwe mity dookoła biegania, bo w rzeczywistości wszystko wygląda znacznie gorzej. Nie ma długonogich, szybkich jak wiatr elfów, są tylko zmęczone gospodynie domowe, matki dzieciom, które za wszelką cenę chcą biegać, ale ciągle im się to nie udaje. Nie ma superwytrzymałych krasnoludów, którzy w pełnej zbroi lecą kilkaset kilometrów – jest za to walka, aby przebiec dychę. I nie ma Dunedainów, którzy z ręką na głowicy miecza w pełnym pędzie skaczą z kamienia na kamień i wyglądają jakby wyszli na spacer. Jestem ja i zaledwie dwadzieścia kilometrów w zeszłym tygodniu. Gdybym w takim tempie ratowała porwanych Hobbitów, to orki już dawno ogryzłyby ich małe szkielety do kości, a z zębów zrobiłyby sobie wojenną biżuterię. A pan Richis zdążyłby wywieźć córkę na wyspę na środku morza, przez co Grenouille nie dokończyłby pachnidła. Czyli paradoksalnie okazuje się, że w pewnych okolicznościach niebieganie też ma swoje dobre strony.

Takie niepoważne dywagacje na początek nowego tygodnia – proszę mi wybaczyć.

Napisz odpowiedź