Chyba jednak Poznań. Ja bardzo lubię i potrzebuję mieć wszystko uporządkowane, i wiedzieć, co się mniej więcej będzie działo w perspektywie kilku miesięcy. Nie podjęcie decyzji o miejscu startu oznaczać by mogło dla mnie daleko idące konsekwencje w postaci opuszczania się w treningu, bo skoro cel nie jest jasno i precyzyjnie określony, to po co się wysilać…? Jeszcze skuteczniejszym bacikiem będzie zarejestrowanie się na liście startowej i uiszczenie opłaty startowej - dopełnię tych formalności niezwłocznie po dokonaniu kilku drobnych uzgodnień pośród rodziny.
Rodzina. Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, ale prawda jest taka, że rodzina dla maratończyka jest czynnikiem o wartości, której nie można przecenić. W zasadzie trudno mi sobie wyobrazić moje maratony bez udziału rodziny. Oni są obecni na każdym etapie przygotowań i bez nich cała impreza poszłaby pewnie do piachu. Oczywiście najważniejszy jest Mąż, który po pierwsze toleruje biegającą żonę (co – wbrew pozorom – nie jest takie oczywiste; są w tak zwanym środowisku przypadki alergicznej wręcz nietoleracji okazywanej przez współmałżonka biegającemu partnerowi) i który jest jej najwierniejszym kibicem. Do dziś wspominamy mój pierwszy półmaraton – Półmaraton Wiązowski 3 marca 2002 – który rozgrywany był przy najgorszej jaką sobie można wyobrazić, marcowej pogodzie. Piotr towarzyszył mi podczas tego biegu jadąc wolno na rowerze. Dość powiedzieć, że ja – smagana lodowatym wichrem pośród wiązowskich pół - w stanie hipotermii dotarłam na metę nieprzytomna i zesztywniała z zimna. Piotr jadący obok mnie na rowerze przypominał oszronioną sowę przymarzniętą do roweru. Ale: nie poskarżył się ani słowem. Oto miara prawdziwego poświęcenia! Tak więc Mąż. Mąż musi ze mną na maraton obowiązkowo pojechać. Nic tak nie przyciąga do mety maratończyka konającego przed ścianą na 35 kilometrze jak świadomość, że na mecie czeka na niego Ktoś Ważny.
Równie motywującą rolę pełni dla maratończyka jego potomstwo, nawet gdy jest ono jeszcze kompletnie nieświadome sensu mąk, na jakie jego rodzic dobrowolnie się skazuje. Potomstwo od małego musi być uświadamiane, po co mama wychodzi z domu tak śmiesznie ubrana i dlaczego wraca po jakimś czasie ubłocona jak nieboskie stworzenie i pachnąca cokolwiek dziwnie. Gdy potomstwo czeka na maratończyka gdzieś na trasie i na widok biegnącego rodzica wydaje z gardła radosny pisk, wówczas maratończyk dostaje kopa dodatkowej energii, która nierzadko jest ostatnią deską ratunku na odcinku tuż przed metą.
Nie można też zapomnieć o takich kluczowych osobach, jak rodzice lub teściowe maratończyka, albo jego rodzeństwo. Wszyscy pełnią rolę osobistych kibiców, co jest szalenie ważne i wartościowe, i potrzebne z czysto motywacyjnego punktu widzenia. Podczas tych maratonów, w których biegłam lub które obserwowałam z pozycji kibica, wiele razy widziałam całe rodziny opączkowane licznym gronem znajomych, tworzące hałaśliwe kibic-komanda, uzbrojone w transparenty, narzędzia do wydawania przeraźliwych sygnałów akustycznych, aparaty fotograficzne, kamery video oraz wodę, którą w odpowiednim momencie podają swemu zawodnikowi. I to jest naprawdę super sprawa. W moim przypadku udział teściów w całym wydarzeniu będzie miał przede wszystkim to znaczenie, że zaopiekują się Maksiem na czas naszego wyjazdu na maraton.
Tak więc bez rodziny maratończyk nie wykonałby nawet jednego kroku w kierunku mety. Podczas maratonu przeciętny biegacz, taki truchtacz jak ja, wykonuje około 84 tysięcy kroków. Każdy z tych kroków dedykowany jest rodzinie jako niema deklaracja wdzięczności i przywiązania. Jest taki film: Samotność długodystansowca, którego tytuł zapożyczony został przez maratończyków na określenie ich sytuacji w trakcie biegu maratońskiego, kiedy każdy z nich samotnie musi się zmierzyć z dystansem, bólem i zwątpieniem. Może i jest w nim trochę prawdy oddającej istotę tego, co dzieje się na trasie maratonu z każdym biegaczem, który mierzy się z tym dystansem. Jednak ta samotność nigdy nie jest absolutna: zawsze ktoś o nas myśli i zawsze ktoś za nas trzyma kciuki.





5 comments
Comments feed for this article
maj 23, 2008 @ 10:53 am
Mag
Zapraszamy do Poznania w takim razie! (:
maj 23, 2008 @ 1:07 pm
marszoblog
Wsparcie jest ważne, ja mam pełne i cieszę się nim podobnie, oby samotność długodystansowca była obecna tylko na trasie.
Równie ważna jest wyrozumiałość, że przecież co prawda biegówki kupowało się trzy miesiące temu, ale już są potrzebne nowe. A wiem, że niektórzy muszą za każdym razem toczyć wojenki o tą oczywistość.
maj 23, 2008 @ 9:15 pm
joycat
Zdaje się, że oboje jesteście z Poznania
Liczę zatem na kibiców na trasie!
maj 24, 2008 @ 6:58 pm
Mag
Wsparcie dobrym słowem już masz. Ewentualnie jeszcze możemy podać wodę lub izotonik.
maj 26, 2008 @ 8:55 am
joycat
Dziękuję