Jeszcze wczoraj byłam pewna, że 28 września pobiegnę w Maratonie Warszawskim. Jednak dziś, o godzinie 6:25 rano, przy śniadaniu (kanapeczki przyrządzone przez mojego Niezastąpionego, Jedynego i Najważniejszego, kanapeczki z serkiem, pastą jajeczną, pomidorami i pieczarką pokrojoną w zgrabne plasterki, kanapeczki przygotowane dla mnie w charakterze posiłku regeneracyjnego po wczesnoporannym bieganiu) okazało się, że ostatnia niedziela września zarezerwowana będzie na przyjemności znajdujące się na przeciwnym końcu skali, a mianowicie na wylegiwanie się na plaży.
Plan tej podróży był omawiany w zarysach od dawna, ale jakoś tak się złożyło, że nie dogadaliśmy dat. I dzisiaj nareszcie moje synapsy w mózgu zajarzyły, że coś mi tutaj koliduje, więc czem prędzej zajrzałam do kalendarza w komórce, co by swoje podejrzenia potwierdzić. Niestety wszystko się zgadzało. A raczej nie zgadzało! W pierwszym odruchu zakrzyknęłam: Ale przecież 28 września biegnę w Warszawie maraton!
Jak ważny dla mojego NJN jest ten wyjazd zorientowałam się natychmiast po jego nosie zwieszonym na kwintę i zarytym głęboko w kanapkę. Dla mnie ważny jest powrót do maratonów, no kurcze – to był jeden z moich osobistych priorytetów na ten rok, mam z tego zrezygnować dla jakiejś tam podróży…? Warszawa to jest maraton kultowy, z roku na rok coraz lepszy organizacyjnie, biegłam w nim tylko raz na siedem lat mojego biegania, i każdego roku, gdy widzę ten wielobarwny tłum na ulicach Warszawy skręca mnie z zazdrości.
A jednak: są rzeczy Ważne, ale są i Ważniejsze. Ostatecznie maraton nie przetrwał konfrontacji z propozycją kilkudniowej randki na śródziemnomorskiej plaży, randki pośród świata, gdzie wspomnienie o biblijnych prorokach wydaje się wciąż żywe, gdzie każda cegła jest obarczona tysiącletnią historią. W Maratonie Warszawskim pobiegnę za rok.
Tak więc 28 września o 8. rano nie będę dreptała rozgrzewkowo po Placu Zamkowym, gryząc nerwowo palce i poprawiając co chwilę numer startowy. O tej porze 28 września będę – w geście solidarnosci z biegaczami startującymi w Warszawie – biec po plaży, wzdłuż linii wody, w kierunku północnym lub południowym, uciekając przed leniwymi falami, które czaić się będą, aby zamoczyć mi buty. A potem wrócę do hotelu na śniadanie. Po śniadaniu zalegnę na plaży, na leżaku, aby rozkoszować się lekturą jednej z książek, które ze sobą zabiorę w tę podróż. Po kilku stronach zasnę w ciepłym słońcu – tak zawsze się kończy moje czytanie na świeżym powietrzu, jestem kompletnie nieodporna na usypiające działanie tlenu. Muszę przyznać, że strasznie mnie cieszy ta perspektywa!
Jednej tylko rzeczy jeszcze nie rozstrzygnęłam: biec maraton na jesieni, czy nie biec? Jechać do Poznania? Czy będę miała na to czas? Temat do zastanowienia na najbliższe tygodnie.
P.S. Zdjęcie na bannerze jest właśnie Stamtąd
Zrobione w listopadzie 2007.




Komentarzy: 2
maj 22, 2008 o 12:50 pm
Poznań jak zawsze gościnny, co prawda ja mam w okolicy daty startu – Harpagana, mój priorytet, ale pewnie wybiorę się dopingować znajomych po fachu i wuja prawdopodobnie też.
Ten maraton też należy do kultowych;)
A plaży zazdroszczę, choć wolę kilometry w górach niż ogrom fal:)
maj 23, 2008 o 8:41 am
No więc niewykluczone, że stanie na Poznaniu. Ostateczna decyzja zależy jeszcze od kilku rodzinnych uzgodnień, ale w zasadzie przekonana jestem na sto procent do tego wyjazdu. Będę miala okazję naocznie przekonać się, ile jest prawdy w pogłoskach, że Poznań depcze Warszawie po piętach w konkurencji na najlepszy polski maraton