Niewiele brakowało, a nigdzie bym nie pojechała. Wpadłam do domu jak burza, zamierzając błyskawicznie przebrać się i jechać na Łosiowe, aby jeszcze za dnia zrobić moją tradycyjną pętlę. Po całym dniu siedzenia za biurkiem łydki miałam nabrzmiałe od bezruchu, oczy czerwone jak królik, w głowie lekką migrenę i ogólne rozdrażnienie. Około 16. zaczął w Warszawie padać intensywny deszcz – uwielbiam deszcz, nie mogłam przepuścić takiej okazji.
No więc wpadam ci ja do domu, szybko, szybko, przebierać się, zakładać buty, jechać, jechać, biec! Zdzieram z siebie kurtkę, dżinsy, buty lecą w kąt, otwieram szafę, gdzie moje ciuchy biegowe? gdzie moje zielone spodenki i koszulka bez rękawów? gdzie moja czapka z daszkiem??? Przekopuję jedną półkę, drugą, przewracam stos ubrań na półce Piotra, otwieram jedną szufladę, drugą, trzecią – nigdzie nie ma, sprawdzam kosz na brudną bieliznę (niemożliwe! przecież wszystko było uprane!), sprawdzam suszarkę w łazience, nie ma! lecę do pokoju Maksa – kompletnie bez sensu, ale sprawdzam wszystkie jego szuflady, nie ma!! biegiem w drugi koniec mieszkania, po schodach na górę, prawie wybijam sobie zęby na schodach, bo jestem w śliskich skarpetkach, w sypialni sprawdzam jedną szufladę, drugą, trzecią, czwartą, nie ma!! sprawdzam kosz na nieuprasowaną bieliznę, no żesz cholera jasna psia krew, nie ma!! nie mam już pomysłu gdzie szukać – ubranie zniknęło jak kamfora, a przecież u nas jest taki porządek, chwytam więc za telefon, dzwonię do Piotra, który właśnie wraca z działki i drę się do telefonu, że zaginęło moje ubranie biegowe i za chwilę szlag mnie jasny trafi!! Piotr przepytuje mnie ze wszystkich miejsc, które już sprawdziłam, a ja coraz głośniej wydzieram się, że nigdzie nie ma i jak to do cholery jest możliwe?? może mama gdzieś schowała, gdzieś nieświadomie położyła? ale gdzie, przecież doskonale wie, według jakiego klucza dystrybuowany jest u nas po całym mieszkaniu uprany ciuch!! Już jestem taka nakręcona, że ciskam grube, nieuprzejme słowa, bo zwykłe psia kostka, czy kurcze blade wydają mi się nieadekwatne do opisu sytuacji i mojego wzburzenia.
Wreszcie Piotr z Maksiem są w domu, ja nadal miotam się w rozpaczy i już-już jestem gotowa zrezygnować z biegania, bo robi się późno. Piotr robi kurs po mieszkaniu szlakiem moich poszukiwań i w pewnym momencie z góry leci moja czapka, po chwili zielone gacie, na końcu koszulka. Gdzie ty masz oczy kobieto? pyta retorycznie Piotr i spokojnie schodzi na dół. Super, ubieram sie z szybkością poborowego obudzonego na poranną musztrę, pulsometr - jest!, empeczy - jest!, buty - na nogach! lecę do łazienki założyć soczewki kontaktowe, ręce mi się trzęsą z tego pośpiechu, jedną zakładam bez problemu, druga – coś uwiera, oko robi się natychmiast czerwone, ja wściekła, ciskam gromy na wszystko dookoła, zdejmuję obie soczewki, zmywam makijaż, oko płuczę solą fizjologiczną, zakładam po kolei soczewki, mrugam, mrugam, mrugam - jest! ułożyły się, mogę lecieć!!
Taka nakręcona dojeżdżam do lasu. Strugi wody leją się z nieba – jak dobrze!
W ulewie, przez las pachnący deszczem, przeskakując przez dorodne winniczki wędrujące w poprzek ścieżek, biegnąc przez sam środek kałuż, tak aby woda rozpryskiwała się jak najwyżej, nie zatrzymując się nawet na chwilę. W butach woda, skarpetki czarne, na łydkach, kolanach, udach błoto, ubranie mokre. Najpierw myślałam o minionym dniu, o tym co mnie czeka jutro i w kolejnych dniach, potem trochę o pracy – o tym, co powinnam, a czego nie robię, bo ciągle brak na to czasu, a potem – przez około kilometr – o tym, że bieganie w deszczu ma w sobie coś erotycznego, coś bardzo zmysłowego, ale nie potrafię tego w żaden sposób uzasadnić, ani opisać, a potem, od szóstego kilometra nie myślałam już o niczym. Biegłam tylko coraz szybciej nie zważając na wskazania pulsometru, który pokazywał mi 165, 168, 170, 171, 174 uderzenia serca na minutę. Przez sam środek kałuż – im głębsza woda, tym lepiej. Ostatnie dwa kilometry zrobiłam pędząc jak na zawodach, z całych sił, z sercem rozpędzonym do maksimum. Gdy dobiegłam do mety na stadionie i zatrzymałam stoper, okazało się, że 10-kilometrową trasę zrobiłam o ponad cztery minuty szybciej niż zwykle.
Bilans: Skarpetki w śmietniku, buty w suszeniu. Ciało – po zmyciu pod prysznicem warstwy błota - lekkie i dotlenione. Umysł czysty i spokojny jak po elektrowstrząsach. Mogę zacząć jutro nowy tydzień.





2 comments
Comments feed for this article
maj 19, 2008 @ 3:46 pm
Mag
Byle do przodu – choćby deszcze, i jeszcze!
W lesie biega się świetnie. Jeżeli biegać – to tylko tam.
maj 20, 2008 @ 8:55 am
joycat
W lesie i w deszczu – połączenie idealne