Przykra sprawa z tym zastrzelonym łosiem. Mam do tych zwierząt wyjątkowo ciepły stosunek, bo to ostatecznie właśnie łosie patronują setkom kilometrów, jakie od pięciu lat robię w rezerwacie Łosiowe Błota. Nigdy ich nie spotkałam – raz tylko w nocy, zimą, widziałam ich ciemne sylwetki na śniegu – ale zawsze czuję ich obecność, gdy biegam po Łosiowych.
I oto media donoszą, że w biały dzień, kilka kilometrów od mojego domu, ktoś zabija łosia z ostrej broni. Sprawę opisuje Gazeta Stołeczna. Dziś dowiadujemy się, że prokuratura rejonowa na Ochocie wszczęła śledztwo, czy nie doszło do przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych. No ciekawa jestem bardzo, czym to się skończy i czy osoby odpowiedzialne za to morderstwo zgodne z łowiecką etyką poniosą jakąkolwiek odpowiedzialność. Dla mnie ta cała historia jest zupełnie nieprawdopodobna i trudna do pojęcia: dlaczego nie użyto nabojów ze środkiem nasennym? Dlaczego od razu w ruch poszła ostra broń? Do tej pory wszystkie zabłąkane na obrzeżach Warszawy łosie usypiano i bezpiecznie odwożono do Puszczy Kampinoskiej. Tutaj ktoś podejmuje arbitralną decyzję i strzela do łosia z ostrej broni, a potem – co za oryginalne wytłumaczenie! – usprawiedliwia się tym, że ponoć zwierzę było agresywne. Wszyscy, którzy biegają po Łosiowych Błotach i którzy kiedykolwiek zetknęli się oko w oko z łosiem wiedzą, że w porównaniu z łosiem agresywna wydaje się nawet nasza zwykła mleczna krowa pasąca się na łące. Łoś to totalny bezruch, spokój i opanowanie, człowiek jest przez niego całkowicie ignorowany, nawet gdy stoi całkiem blisko i próbuje z łosiem pogadać. Łoś to przeżuwanie listków z młodych drzewek, skubanie krzaczków, brodzenie po płykiej bagiennej wodzie, podjadanie wodnych roślinek i kwiatków. W ogrodzie zoologicznym na wyspie Djurgarden w Sztokholmie łosie są tak łagodne, że na własne oczy widziałam małe dzieci wkładające rączki w oka siatki otaczającej łosiowy wybieg i głaszczące łosie po ogromniastych łbach.
Łoś z filmu nakręconego telefonem komórkowym przez anonimowego obserwatora tych wydarzeń nie sprawia wrażenie agresywnego. Czynniki oficjalne twierdzą jednak, że film zarejestrował ostatnie minuty łosia, który buszował po Ursusie i po Al. Jerozolimskich już od dwóch godzin i podobno stwarzał zagrożenie dla porządku i bezpieczeństwa drogowego. Nawiasem mówiąc ruch w Alejach Jerozolimskich na wysokości Ursusa w godzinach 4-6 rano nie jest chyba jakoś szczególnie intensywny, trudno mi więc wyobrazić sobie to realne zagrożenie, jakie rzekomo stwarzał nasz nieszczęsny łoś. Szkoda, że nie stosuje się obowiązkowego odstrzału pijanych kierowców, którzy notorycznie stwarzają na polskich drogach znacznie bardziej realne, śmiertelne niebezpieczeństwo dla życia innych użytkowników dróg: statystyki zabitych z tzw. długiego weekendu sa pod tym względem bardzo wymowne. W przypadku łosia argumentem o rzekomym zagrożeniu usprawiedliwia się czyjąś bezdenną głupotę, bezmyślność, niekompetencję i kompletny brak uczuć wyższych.
Szkoda, szkoda tego łosia. Mógł to być jeden z tych, które spotykamy na Łosiowych Błotach. Są prawdziwą ozdobą Puszczy Kampinoskiej. Mam (niewielką wprawdzie, ale jednak mam) nadzieję, że ta historia przyniesie jakąś lesson learned. Że może następnym razem, gdy kolejny łoś zacznie skubać drzewko na peryferyjnym osiedlu w Warszawie, ktoś zastanowi się dziesięć razy, zanim pociągnie za spust broni palnej.




