Co to się z nami porobiło. Dawniej wciągało się na grzbiet byle bądź bawełnianą koszulinę, kończyny dolne okrywało się tak zwanym dresem, na nogi tenisówki, klucz od domu do kieszeni, i w drogę. A teraz cuda wianki, korowody przed bieganiem takie jak przed wyruszeniem na wojenną misję. Postęp – w świecie biegowym galopujący w równie zawrotnym tempie, jak w pozostałych dziedzinach życia – dotyka nie tylko kwestii mody, ale również, a może przede wszystkim zagadnień technologicznych. Biegamy poowijani w kable i czujniki niby cyborgi. Przyznajmy się do tego głośno: jesteśmy gadżeciarzami. Samo bieganie w stanie – rzec by można – czystym, nie rajcuje nas już tak mocno jak dawniej, dlatego też staramy się ubarwić je i urozmaicić poprzez różnorakie dodatki. Te dodatki mogą być natury materialnej lub ideologicznej (biegnę w imię czegoś, przeciwko czemuś, biegnę dookoła świata, przez siedem kontynentów – wachlarz możliwości jest tutaj bardzo szeroki).
Skupmy się na dodatkach materialnych.
Buty. Buty biegowe to już odrębna gałąź nauki i cały wielki przemysł. Każdy producent ma kilka-naście-dziesiąt modeli w ofercie, każdy z modeli wyposażony jest w rozmaite systemy amortyzacji, stabilizacji, żele, gąbki, poduszki i co tam jeszcze. Bieganie w takich butach jest oczywiście szalenie wygodne i bezpieczne, bo przecież w toku ewolucji zatraciliśmy zdolność poruszania się biegiem na bosaka i trudno wyobrazić sobie, abyśmy trzaskali gołymi piętami o betonowe chodniki. Wmówiono nam jednak, że każdy biegowy but ma swoją wytrzymałość, więc ogólnie stosowana reguła stanowi, że po około 1200 km przebiegu buty należy wymienić. Ja sama święcie w to wierzę i dlatego skrupulatnie notuję każdy kilometr wszystkich moich par butów, a gdy przebiegi dojdą do pułapu 1200-1300 km, to stawiam wysłużone obuwie na murku w śmietniku.
Ubrania. Jeszcze niecałą dekadę temu królowała bawełna – inne opcje nie były wówczas znane. Ale już około roku 2003, kiedy raz zdarzyło mi się przyjść na trening w mojej starej, spranej, ale ukochanej koszulce na ramiączka, to towarzystwo wyśmiało mnie: Ależeś się wystroiła. A to była tylko moja ulubiona błękitna koszulka z dobrej gatunkowo bawełny, wprawdzie dosyć niewyględna, ale niosąca w swych bawełnianych włóknach sporo wspomnień. Wydrwiona podczas biegania, koszulka przeznaczona została na ubranie robocze do wykorzystania podczas remontu, a ja ostatecznie wbiłam się w coolmaxy i dry-fity.
Dziś każdy przyzwoity biegacz czuje się w obowiązku uzupełniania swej biegowej szafy co sezon a to o nowe gacie z lycry, a to o którąśtamdziesiątą koszulkę, a to o nowe lanserskie nakrycie głowy. Każdy chce wyglądać seksi w obcisłym ubranku, a powiewające luźno koszulki i bezkształtne dresy są uważane od dawna za mocno démodé.
Gadżetami z pogranicza mody i technologii są najrozmaitsze torebki biodrowe, plecaki z camelbagiem, pasy na bidony, torebki, torebusie, opaski na rękę (w podziale na te do odtwarzaczy empeczy i te na komórki), frotki, opaski odblaskowe, lampki czołowe przydatne podczas zimowego biegania po ciemku. Torebki biodrowe, niezwykle przydatne w każdego rodzaju bieganiu, pozwalają zabrać ze sobą na trening tony bagażu.
Płynnie przejdźmy do elektroniki. Postępująca miniaturyzacja sprzętu na szczęście ratuje nas przed dźwiganiem telefonów komórkowych o wielkości i ciężarze cegły klinkierowej, lub tranzystorowego radia jeżeli chcemy posłuchać muzyki, ma jednak ten zasadniczy minus, że umożliwia zabranie ze sobą na bieg kilku urządzeń jednocześnie, co wychodzi w zasadzie na to samo co dźwiganie cegieł. Jeżeli dodamy do tego ciężkie uzależnienie od słuchania muzyki w trakcie biegu (co spełnia generalnie rzecz biorąc tylko jedną funkcję: zagłuszania własnych myśli) i od monitorowania na bieżąco parametrów życiowych własnego organizmu, okaże się, że aby wyjść na zwykły kilkukilometrowy trening musimy uprzednio zająć w domu co najmniej trzy, cztery gniazdka elektryczne.
Znam osobę, która przygotowując się do biegania uzbraja się następująco:
-
na klatkę piersiową nadajnik pulsometru,
-
na lewy nadgarstek pulsometr (zintegrowany na szczęście ze stoperem), który zaposiada również funkcję GPS,
-
na prawe przedramię, w specjalnej opasce, odtwarzacz empeczy, zatankowany muzyką po sam korek (bak o pojemności 30GB),
-
do prawego i lewego ucha słuchawki od empeczy,
-
na nos okulary przeciwsłoneczne, szkła powleczone specjalną powłoką antyodblaskową i polaryzacyjną (a może to to samo…? nie wiem),
-
do torebki biodrowej telefon komórkowy oraz cyfrowy aparat fotograficzny na wszelki wypadek, bo a nuż Coś Wielkiego Po Drodze Się Wydarzy,
-
butelka z napojem izotonicznym w łapę, w specjalnej obejmie.
Wszystko razem, licząc z ubraniem, waży pewnie ze dwa kilo. Ale może czasami warto by rzucić te wszystkie zabawki w kąt?
A propos naszych biegowo-gadżetowych uzależnień polecam przeczytanie tego artykułu.
Trochę przejaskrawiony, ale mimo wszystko sporo w nim prawdy.




Komentarzy: 3
maj 10, 2008 o 10:05 am
Ostatnio kolega proponował narzucić mi swoją myśl, że jeśli ktoś jest gadżeciarzem to pewnie talentu nie ma za wiele, nadrabia efektem.
Nie wydaje mi się, to też odznaka, że ktoś traktuje trening poważnie, traktuje swoje bieganie priorytetowo, profesjonalne przygotowanie ułatwia pokonywanie słabości.
Pamiętam jak na jednym w moich Harpaganów, kiedy już ciągnęły opary, pomyślałem ile kosztowało mnie to wszystko, wezbrało się trochę złości i na tym jeszcze 3km zrobiłem.
Z drugiej strony tęsknie za minimalizmem i treningi biegowe robię tylko ze stoperem (te do 11km;).
maj 10, 2008 o 4:24 pm
[...] się opowieść, czyli o żółtej marynarce Zainspirowany postem blogowej znajomej postanowiłem przeprowadzić publiczny rachunek sumienia. Otaczają nas gadżety, promocje, [...]
maj 10, 2008 o 9:09 pm
Ja myślę, że wszelkiego rodzaju gadżety to takie nasze zabawki. Oczywiście można się bez nich doskonale obyć, ale skoro są, to czemu z nich nie korzystać
Bywają pożyteczne. Bieganie z pulsometrem pozwoliło mi poznać możliwości organizmu; w okresie, gdy trenowałam do maratonów, tętno było jednym z najważniejszych wyznaczników poziomu mojego wytrenowania, nie wyobrażam sobie, abym miała je mierzyć podczas np. długich wybiegań za pomocą dwóch palców przyłożonych do tętnicy szyjnej