Kolejny piękny poranek. Nie wiem, jak w innych rejonach kraju, ale w Warszawie nieprzyzwoity wyż i nawet przyłapałam się dzisiaj na myśli, że dobrze byłoby, gdyby spadło troche deszczu: irytuje mnie fruwające wszędzie pierze z mleczy-dmuchawców. Słońce, słońce, słońce – wstało dzisiaj razem ze mną, bo o 4:54. Udało mi się wybiec z domu zgodnie z planem, kwadrans po piątej byłam już na pierwszym kilometrze. Głównym problemem, jaki zajmował moje myśli przez połowę dzisiejszego biegu było pytanie, dlaczego mój forerunner nie zlicza mi dystansu.

Przecież przed wyjściem z domu położyłam go jak zwykle na posadzce balkonu, żeby – poprzez widok na otwarte niebo – złapał łączność z satelitą i zaktualizował sobie dane o mojej lokalizacji. I wszystko wydawało się w porządku: forerunner połączył się z satelitą i wyświetlił ekran gotowości do pracy. Wybiegłam z domu i poleciałam na moją trasę.

Biegnę sobie, biegnę, i w połowie pierwszego kilometra zauważam, że wskazanie dystansu jest nadal na wartości zero. Hm. Dziwne. No nic, nie chce mi sie zatrzymywać, pewnie to ustrojstwo zaraz się połączy. Na trzecim kilometrze nadal zero. Hmmm! W tym momencie moje myśli w sposób niekontrolowany zaczynają układać fantastyczny scenariusz o satelitach, które stadnie opuszczają polskie niebo i przenoszą się na przykład nad Czechy. Po prostu zrywają się z niewidzialnych cum, jakie łączą je z Ziemią i odpływają w sobie tylko znanym kierunku. Tymczasem wszystkie polskie GPSy, pozbawione życiodajnych danych ze zbuntowanych satelitów, wariują i odmawiają współpracy. Konsekwencje są katastrofalne. Staje cały transport samochodowy, bo wielkie ciężarówki gubią się na nieistniejących polskich autostradach. Hipermarkety pozbawione punktualnych dostaw przeżywają szturm klientów, a w sklepach, w których są jeszcze jakieś zapasy, zdesperowani klienci wykupują ostatnie zapasy cukru, mąki i kaszy gryczanej niejasno przeczuwając nadciągającą wojnę. Policja traci kontrolę nad rozsianymi po kraju patrolami, a karetki pogotowia jadąc chorym na ratunek gubią się w gąszczu ulic wielkich miast, czego skutkiem są rosnące gwałtownie statystyki nagłych zgonów. A ja tracę pewność – dotychczas niezachwianą – że po wielokroć mierzony i przebiegany dystans ma rzeczywiście tyle kilometrów, ile wydawało mi się, że ma, a mianowicie dziesięć.

Na takich rozważaniach mija mi niepostrzeżenie pięć kilometrów. W okienku Dystans forerunner nadal pokazuje zero. Na ekranie tego wspaniałego urządzenia mam cztery okienka: czas zegarowy, stoper, dystans oraz tętno. Czas zegarowy oraz tętno wyświetla mi się bez zakłóceń. Dystans – zero. I nagle doznaję nagłej iluminacji przypatrując się moimi krótkowzrocznymi oczami uzbrojonymi tylko w soczewki kontaktowe okienku stopera. Na stoperze jest… ZERO. O żesz ty ciemna, nieprzytomna maso: nie włączyłaś stopera! Nic dziwnego, że i dystans się nie zlicza…!

Na wszelkie kalkulacje za pomocą elektronicznego narzędzia na ósmym kilometrze oczywiście było już za późno, więc po dzisiejszym biegu pozostaję w błogiej niewiedzy odnośnie czasu biegu, tempa, średniego i maksymalnego tętna, spalonych kalorii oraz rzecz jasna dystansu, który jednak – wiem to na pewno – ma mniej więcej 10 km, bo tą trasą biegam na codzień. I - jak się okazuje – elektronika wcale nie jest potrzebna do szczęścia.