Bieg Konstytucji 3 Maja
maj 3, 2008 autor joycat
W pierwszych słowach tego listu chciałabym najpierw odszczekać to, co napisałam o organizatorze Biegu Konstytucji. Wprawdzie przed startem, w siedzibie WOSiR, gdzie - jak pamiętamy - rozdawano biegaczom pakiety startowe, uformowała się dość potężna kolejka po odbiór pamiątkowych koszulek i agrafek (sic!), za pomocą których trzeba było przypiąć numer startowy do ubrania, ale kolejka obsługiwana była sprawnie i grzecznie, tak więc uwinęłam się z formalnościami w niespełna dwadzieścia minut. W zaistniałych warunkach organizacyjnych uważam to za duży sukces. Linia startu była zorganizowana porządnie, trasa zabezpieczona bez zarzutu, na mecie tłum, kamery i catering full wypas, tak więc sumując wszystkie plusy i minusy tego biegu stwierdzić muszę, że impreza była bardzo udana i nie ma co grymasić na organizacyjne niedociągnięcia. Ważne, że bieg się w ogóle odbył i że osiemnastoletnia tradycja nie została przerwana.
Jeżeli chodzi o mnie, to odniosłam dziś nieoczekiwany, acz - w wartościach bezwzględnych rozpatrując - umiarkowany sukces. Swoje szanse oceniałam na 35 minut, no - przy sprzyjających wiatrach na 32 minuty, tymczasem - surprise, surprise! - na mecie zameldowałam się z wynikiem 0:28:33. Biegło mi się dobrze, sporo czasu zarobiłam na długim zbiegu po ul. Myśliwieckiej na 1 km trasy, a potem byłam już rozpędzona i trzymałam raczej równe tempo. Praktycznie cały czas, aż do mety, wyprzedzałam. Podbieg pod Agrykolę pokonałam biegnąc i prawie wyzionęłam ducha, gdy w końcu osiągnęłam poziom Al. Ujazdowskich. Nawet nie wiem, jakie miałam na tym odcinku tętno, forerunner zmierzył mi dzisiaj maksymalne na poziomie 180 ud/min, ale równie dobrze mógł to być finisz, który w Biegu Konstytucji zaczyna się przecież tuż po podbiegu na Agrykoli. Tą ostatnią prostą pokonałam gnając ile fabryka dała, starając się nie myśleć o tym, że serce za chwilę wyskoczy mi przez żebra i wypadnie na chodnik. Linię mety przekroczyłam z agonalnym rzężeniem i przepraszam tych państwa, przy których zawisłam na barierce oddzielającej strefę mety od kibiców: przedstawiałam sobą dość żałosny widok. Ale w bieganiu tak już jest, że tuż przed metą umiera się w sposób bolesny i bardzo dramatyczny, a chwilę później świat jest znowu piękny. Po dwóch minutach doszłam do siebie. Moi prywatni kibice szybko mnie odnaleźli (Maksio wspaniale kibicował, a potem powiedział Piotrowi: Mama uciekła od Maksia) i pojechaliśmy na spacer.
Podsumowując: impreza była w porządku. Jestem zadowolona, że zdecydowałam się na ten start. Poniżej, ku pamięci, dzisiejsza trasa. Fajnie widać Łazienki.
Jeszcze kilka ogólnych obserwacji. Naród nareszcie zaczyna biegać. Pobity dziś został rekord frekwencji: wystartowało 400 osób, podczas gdy w poprzednich edycjach notowano liczbę uczestników o połowę mniejszą. Ponadto w dzisiejszym biegu wystartowała nowa kategoria uczestników, a mianowicie nordic walkerzy. Grupa około 30 osób, w większości panie w wieku okołoemerytalnym (ale były też młodsze), raźno wystartowała z kijkami minutę po starcie biegaczy. To jest tendencja, którą obserwuję od jakichś - czy ja wiem - czterech lat: biegaczy ewidentnie przybywa, a środowisko rozszerza się na grupy amatorów, którzy biegają okazjonalnie, wyłącznie dla zdrowia, ale biegają. Symptomatyczne było dzisiaj również to, że w całej grupie 400 osób, znajomych widywanych na innych warszawskich biegach dostrzegłam zaledwie garstkę. Cała reszta to byli nowi. Oby tak dalej. Może za dziesięć lat Maraton Warszawski osiągnie europejski poziom frekwencji?

