Podsumowanie kwietnia
maj 2, 2008 autor joycat
No i kwiecień się skończył. Przeminął niby sen jakiś złoty. Pomyślałam sobie, że podsumowania kolejnych miesięcy - oczywiście w aspekcie biegowym - powinny stać się tradycją tego bloga, tak więc dzisiaj kilka liczb i porównanie do marca. Właśnie uzupełniłam dziennik treningowy, więc z danymi jestem na świeżo.
A więc wygląda to tak:
- przebiegniętych 130 km (w marcu tylko 66 km, a więc wzrost kilometrażu w stosunku do marca o prawie równe 50%)
- z 17 zaplanowanych treningów odbyło się 13, a więc skuteczność zaledwie 76-procentowa
- średnia tygodniowa: 30 km - słabo, słabo!!
- średni dystans na treningu: 10 km (od maja powinnam zacząć wydłużać trasy)
- łączny wydatek energetyczny: 8018 kcal, średnio 616 kcal na trening
- o kilogramach nie piszę, bo ostatnio coś zaniedbałam wchodzenie na wagę (chyba przeczuwając podskórnie brak progresu w temacie odchudzania, więc co by się nie demotywować)
Nie jest źle, ale też nie ma powodów do popadania w samozachwyt. Na plus zapisuję, że udaje mi się utrzymać systematyczność. Minusów jest jednak całkiem sporo. Statystykę psują mi weekendy, które mam zajęte na IWS: nie daję rady zmobilizować się do wstania o 5. rano, aby odbębnić te moje 10 km. Ponadto nie realizuję innych, dość kluczowych w aspekcie przygotowań do maratonu, elementów treningu: przebieżek, siły biegowej (podbiegi, skipy), systematycznego wydłużania dystansu - w niedziele powinnam już biegać po 20 km. Na tym etapie perspektywa ukończenia maratonu we wrześniu wydaje mi się raczej mgławicowa. Ale nie poddajemy się. Przede mną jeszcze cztery i pół miesiąca przygotowań.
Jutro moje pierwsze zawody od marca 2007, a mianowicie Bieg Konstytucji 3 Maja. Pogoda ma być optymalna do biegania, niestety nieco gorsza dla kibiców: chłodno (15 st.), przelotne opady. Nie denerwuję się: to przecież tylko 5 km, a ponadto nie mam zamiaru się ścigać, bo też nie jestem do tego przygotowana. Po prostu przebiegnę się relaksowo dla uczczenia narodowej rocznicy. Moi panowie będą na mecie, dziś uczyłam Maksia jak się kibicuje: Mama, szybciej! Mama, gazu! No ciekawe, jak mu jutro pójdzie i czy w ogóle załapie, co się wokół niego dzieje.
Jeszcze jedna ważna sprawa! Na liczniku mam 8605 km, a zatem do złamania 10 000 km zostało mi 1395 km. Co jeżeli podzielimy przez 8 miesięcy pozostałych do końca roku, daje nam 174 km miesiecznie. Dużo. Czy dam radę?


Jestem pod wrażeniem, ale czy mogłabyś napisać jakie były początki??? Wszystko mnie boli, przeziębiłam sięi już mi sięnie chce… pomimo, że budzę się o 5 rano.
Jak to zrobić, żeby móc biegać 10 kilosów?!
Ale początki czego?
Mojego biegania w ogóle, czy tego jak dwa miesiące temu wracałam do biegania po dłuższej przerwie? Generalnie wszystko jest na tym blogu opisane. A jeżeli chodzi o to, jak dojść do etapu biegania 10 km na treningu, to odpowiedź jest prosta: systematyczność i stopniowe zwiększanie dystansu. A Ty biegasz teraz po ile km?
Ja teraz ledwo przebiegam 30 min, to chyba nie jest nawet km. Dlatego 10 km wydaje mi sie po prostu NIEMOŻLIWE! Pytanie o początki dotyczyło biegania w ogóle.
Dlaczego?
30 min truchtu to jest w przeliczeniu na dystans 4-5 km, w zależności od tempa, jakim biegasz. Dobra baza wyjściowa
Od tego się zwykle zaczyna. A odpowiedź o początkach mojego biegania znajdziesz w zakładce x-files, w tekście The Manifesto 
Nogi dzis po paru minutach mialam jak kolki drewniane…
Może za szybko biegasz? To jest wolny trucht czy pogoń za uciekającym autobusem?