Spojrzenie z dystansu
maj 1, 2008 autor joycat
Pierwszy dzień maja. Święto Pracy. Od wszelkich dzienników i wiadomości jestem dzisiaj z daleka, wiem tylko, że przez Warszawę przeszły jakieś demonstracje i że lewica jest w rozsypce - nawet podczas demonstracji. Ja z samego rana uczciłam święto niestandardowym biegiem po naszej okolicy. W nocy padało dość intensywnie, ale świt wstał czysty i błękitny: słońce obudziło mnie już przed szóstą.
Pobiegłam trasą, którą jak dotąd zrobiłam tylko raz, ale tym razem w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara, czyli ze wschodu na zachód, a potem nawrót w prawo na wschód. Pola za Szeligowską pięknie i równo jak pod linijkę zaorane, zboża gdzieniegdzie już się zielenią. Jacyś dwaj rolnicy zgięci w pół coś tam grzebali w ziemi, a ja do nich Dzień dobry! Odkrzyknęli Dzień dobry!, ale patrzyli za mną jakby zobaczyli ducha. Pewnie mniej by ich zdziwił lądujący na środku pola pojazd kosmiczny. Potem przekroczyłam ponownie Lazurową i pokręciłam się po rozległym jelonkowskim osiedlu, zahaczając o park między Powstańców a Lazurową i wdrapując się na tę górę, na której planowałam trenować podbiegi. Widok ze szczytu dosyć mnie rozczarował, podbieg również nie spełnia wymagań, bo jak się okazuje jest dość krótki, około 60-70 metrów, ale oczywiście siłę biegową można jako tako na nim ćwiczyć. Znowu za ciepło się ubrałam i znowu byłam trochę zagotowana, więc postanowiłam nie katować się ponad miarę i wróciłam do domu po ośmiu kilometrach.
Później - spokój na działce z rodziną. Byłam z Maksiem na spacerze w lesie i to była zdecydowanie najprzyjemniejsza i najbardziej relaksująca chwila od wielu wielu dni. Nie myślałam dziś o niczym ważnym, ani pilnym, pozwoliłam sobie na totalne bezmyślenie w ciepłym, majowym słoneczku.
Aha, i jeszcze widok z nieba na moją dzisiejszą marszrutę (można kliknąć):



