Twardy Cukierek
kwiecień 29, 2008 autor joycat
Już jest! Wczoraj pojawiła się w polskich sklepach: nowa płyta Madonny Hard Candy. Od premiery Confessions on the Dance Floor minęło dwa i pół roku, nic więc dziwnego, że gorączka medialna wokół nowego materiału Królowej Popu trwała już od kilku dobrych paru miesięcy. Nie zastanawiając się wiele nabyłam drogą kupna Hard Candy wczoraj, jeszcze przed południem. Dziś mam tę płytę dwukrotnie przesłuchaną. I cóż? Jakie refleksje?
Po pierwsze: poziom na Confessions… Madonna wywindowała tak wysoko, że zaistniała obawa, iż na kolejnej płycie poprzeczki tej nie przeskoczy. I niestety Hard Candy obawę tę potwierdza. Płyta jest zupełnie inna od poprzedniej, nawiązuje do odmiennej stylistyki - tam mieliśmy podróż do krainy disco, tutaj Madonna czerpie pełnymi garściami z urban, funky, R’N'B i hip-hopu. Inna - nie znaczy jednak, że gorsza. Po prostu inna, niektórym się spodoba, pozostali ją odrzucą. Ja jestem gdzieś pośrodku, na razie uczę się tej płyty, ale do absolutnego zachwytu, jaki przeżyłam po kilku pierwszych odsłuchaniach Confessions… przyznaję, że mi daleko.
Po drugie: ja już niestety nie jestem targetem Madonny. Wychowałam się na jej pierwszych płytach: debiutowała, gdy miałam 9-10 lat; wóczas słuchaliśmy Madonny innej niż jest teraz, bo przecież aż do płyty Music nie było w jej muzyce jakichś spektakularnych stylistycznych zwrotów, był to porządnie wyprodukowany pop podlany sosem skandalu, i to się generalnie podobało. Od Music zaczęły się eksperymenta. Confessions… trafiły mi do przekonania w sposób wyjątkowy, bo mam sentyment do disco lat 80-tych, to muzyka mojego późnego dzieciństwa. Tymczasem Hard Candy jest już ukłonem w kierunku zupełnie innej grupy odbiorców: Madonna mruga okiem do dwudziestolatków i mówi: Hej, wcale nie jestem jeszcze taką spróchniałą babcią, za jaką mnie macie.
Tak czy inaczej, mimo że bez ekstatycznych zachwytów, to płyta mi się podoba. Kilka naprawdę niezłych kawałków to: Candy Shop, 4 Minutes (promuje płytę, duet z Justinem Timberlake), Give It 2 Me, She’s not me, Beat Goes On. Reszta powiedzmy, że skręca nieco w stronę dawnej Madonny, ale jakichś szczególnych olśnień tutaj nie odnotowuję. Być może się jednak pojawią. Ogólna ocena albumu: piątka z minusem.


