Basia
kwiecień 28, 2008 autor joycat
Przydarzyło mi się dzisiaj coś dziwnego. Napiszę o tym w bardzo prostych słowach i bez owijania w bawełnę rozbudowanej epickiej narracji. Otóż wracałam z pracy samochodem, zbliżałam się właśnie do przejścia dla pieszych. Na skraju chodnika stała kobieta, która chciała przejść przez jezdnię, więc wyhamowałam, żeby się zatrzymać i ją przepuścić. Spojrzałam na jej twarz i aż mnie przeszedł zimny dreszcz.
Na pasy wchodziła właśnie Basia Szlachetka. A raczej - osoba łudząco do niej podobna. Jej sobowtór. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam na własne oczy sobowtóra. Nie wiem, jak o tym wszystkim pisać, bo jeżeli chodzi o zabobony i myślenie w kategoriach zjawisk paranormalnych, to jestem na drugim końcu skali i wyśmiewam zawsze wszystkie czarne koty, cudowne obrazy oraz nagłe objawienia. Bo wierzę temu, co widzę i raczej nie dorabiam do moich empirycznych obserwacji teorii o metafizycznej proweniencji. Dlatego, gdy zobaczyłam Basię, przechodzącą obojętnie przed maską mojego samochodu, kompletnie oniemiałam, bo nie potrafiłam sobie tego zracjonalizować.
Cała ta sytuacja może się wydać niezrozumiała osobom, które czytają tę notkę, a które nie wiedzą, kim była Basia. Proszę wpisać jej nazwisko w Google, wyszukiwarka wyrzuci wiele linków, zarówno w polskim, jak i w zagranicznym internecie. W listopadzie miną trzy lata od Jej śmierci. Była ikoną dla polskich biegaczy, osobą pod każdym względem nietuzinkową, istotą z Kosmosu (piszę to zupełnie poważnie), zasługującą na oddzielną opowieść; przyjemność napisania długiej notki o Basi rezerwuję sobie na ostatni tydzień listopada. Miałam to szczęście, że poznałam Basię dość dobrze. Spędziłyśmy razem cudowne chwile podczas weekendu maratońskiego w Warszawie we wrześniu 2004, a potem, w październiku, pobiegłyśmy razem maraton w Budapeszcie. Wtedy też widziałyśmy się po raz ostatni.
Ostatnio coś mnie naszło i przeglądałam moje fotograficzne archiwa w komputerze. Oczywiście szybko natknęłam się na foldery z Basią w roli głównej. Obiektyw kochał Basię miłością szczerą i odwzajemnioną. I może właśnie dlatego, że przejrzałam dwa tygodnie temu kilkaset zdjęć z Basią w roli głównej, doznałam dziś takiego wstrząsu, gdy zobaczyłam, jak przechodzi po pasach tuż przed moim samochodem.
Oczywiście racjonalna część mojego ja doskonale wie, że nie była to Basia, tylko jakaś inna kobieta, niesamowicie do niej podobna i z twarzy, i z sylwetki, i nawet z fryzury. A jednak gdzieś głęboko we mnie czai się jakaś metafizyczna tęsknota, która każe mi opisać tutaj to dziwne spotkanie na przejściu dla pieszych. Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom.

