Escape From Freedom
kwiecień 27, 2008 autor joycat
Życie ma tylko jeden sens: sam akt życia jako taki. To jest zdanie z Ucieczki od wolności Ericha Fromma. Ile lat życia trzeba mieć za sobą, żeby dojść do takiego wniosku? Czy każdemu z nas dana jest możliwość uświadomienia sobie w pewnym momencie - choćby podskórnie i niejasno - że właśnie o to w życiu chodzi? Gdy prawie pięć miesięcy temu, uczestnicząc w pewnym brzemiennym w skutki szkoleniu, zostałam poproszona o krótkie i spontaniczne wystąpienie na temat Dlaczego warto żyć na Ziemi? dość szybko połapałam się, że chodzi o podjęcie wysiłku zdefinowania własnego stosunku do życia i próbę nazwania po imieniu jego sensu. I - dziwna sprawa - od razu stanęła mi przed oczami scena przedstawiająca linię startu wielkomiejskiego maratonu z wielobarwnym tłumem rozgrzewających się maratończyków. A potem, nie zastanawiając się wiele, wyartykułowałam straszliwy banał, dość trafnie jednak oddający moje wciąż niesprecyzowane przeczucia odnośnie sensu egzystencji na tym łez padole: Metaforą życia jest dla mnie droga.
Teraz tę samą myśl, ale napisaną nieco innymi słowami ponad sześćdziesiąt lat temu, napotykam u Fromma. A więc wszelkie młodzieńcze bunty i szarpanie się na temat braku sensu życia tak naprawdę są… pozbawione sensu. To dość zabawne. Dopiero teraz, gdy jest się w sposób beznadziejny wkręconym w kierat codziennych obowiązków, dochodzi się do wniosku, że właśnie o to w życiu chodzi i gdyby zabrakło tej nerwowej krzątaniny, to pewnie by nas nie było. Stwarza nas praca i działanie. Jedynie wartości zrodzone z naszej aktywności spontanicznej przydają sił naszemu “ja” i tym samym tworzą podstawę jego integralności. [...] Wynika stąd, że ważna jest aktywność jako taka, sam proces, a nie rezultat.
Ta pseudofilozoficzna notka to pewnie dlatego, że ostatnie cztery dni, włącznie z sobotą i niedzielą, miałam ekstremalnie pracowite i właściwie dopiero teraz, od godziny - a jest późny niedzielny wieczór - mam tak zwany łikend. Ale paradoksalnie nie czuję się zmęczona: jest mi dobrze i mam poczucie, że wykorzystałam podarowany mi czas do maksimum. Żałuję tylko, że nie starczyło samozaparcia, aby wstać rano i pobiegać: a tak szykowałam się na chłodny, słoneczny świt na pustych ulicach. W sobotę startuję w Biegu Konstytucji 3 Maja - i już, z tygodniowym wyprzedzeniem, dostaję palpitacji na myśl o podbiegu pod Agrykolę. Nie trenowałam podbiegów!

