Przebieżki
kwiecień 23, 2008 autor joycat
Wczoraj był wtorek, a więc bieganie. Popołudniowa wyprawa na Łosiowe. Ładny, w miarę ciepły dzień, 15 stopni. Doprawdy nie wiem, co mnie podkusiło, aby wystroić się w dwie koszulki dry-fit Nike i aby omotać sobie głowę buffą: taki strój byłyby optymalny na 10 st. C, ale na pewno nie na wczoraj: na piątym kilometrze chłodnica mi się zagotowała i musiałam się rozbierać. Ale nie to było najgorsze, zbędne ciuchy zawsze można upchnać po kieszeniach. Ponieważ było mi gorąco od samego początku, więc i samopoczucie miałam średnie: ruszałam się niby mucha w smole, nogi jak z ołowiu prawie nie odrywały się od podłoża. Fatalna sprawa. Jak na ironię, tętno miałam niezłe (150-160 ud/min) i spokojnie mógł to być udany bieg, gdyby nie to bezsensowne przegrzanie się na samym początku trasy.
Na domiar złego entomologiczna część fauny Łosiowych właśnie budzi się z zimowego snu: temperatura podniosła się, słoneczko przygrzewa, bajorka i bagna Łosiowych to rozległe inkubatory dla setek tysięcy (milionów?) owadzich stworzeń, z których na Łosiowych najbardziej dokuczliwe są oczywiście komary. W sezonie komarzym, który trwa od maja do mniej więcej połowy sierpnia, roje komarów w lesie i na terenach przyległych są takie, że biada śmiałkowi, który odważy się wejść do lasu nie zabezpieczywszy się uprzednio repelentami. Komarów są całe chmary, największe oczywiście w ich matecznikach, czyli w pobliżu wspomnianych wyżej bajorek. Główne bajorko jest niestety przy naszym ulubionym, kultowym pomoście. Na czas letni odpoczynkowe postoje na pomoście połączone z miłą konwersacją, przestają wchodzić w grę: dystans 10 km pokonuje się bez przerw i to w dość żwawym tempie, aby uniemożliwić wygłodniałym komarom bezpośredni atak na odsłonięte fragmenty ciała. Niestety łosiowe komary osobliwie lubią też siadać na ubraniu biegacza: latem jest to zwykle jedna cienka warstwa syntetycznej tkaniny, która ma tę właściwość, że nie nasiąka potem (tak jak na przykład bawełna), lecz wyrzuca go na zewnątrz. I na tej właśnie mokrej od potu koszulce w ciepłe dni bywa, że pasą się dziesiątki komarów. Jak czytam na Wikipedii samice komarów szczególnie chętnie przylatują zwęszywszy zwiększone stężenie dwutlenku węgla w wydychanym przez ludzi i zwierzęta powietrzu oraz kwas mlekowy i inne składniki potu. Nic zatem dziwnego, że stado biegaczy, albo nawet jeden pojedynczy biegacz, stanowi dla komarów tak łakomy kąsek.
Wczoraj miałam już przedsmak tego, co nas czeka na Łosiowych po ciepłej zimie. Latało już sporo rozmaitego paskudztwa, a na stadionie - gdy po zakończonym biegu rozciągałam swe słabe kończyny - ukąsił mnie w łydkę maleńki baby-komar. Kłujkę miał już jednak wykształconą.
Mimo tych wszystkich niedogodności, odniosłam wczoraj również pewien drobny sukces, a mianowicie… zaczęłam biegać przebieżki! Tadamm! Co prawda trochę sobie ułatwiłam sprawę, bo wplotłam przebieżki w ostatnie dwa kilometry pętli, ale dla skuteczności treningu nie ma to większego znaczenia. Zrobiłam siedem około stumetrowych przyspieszeń z odpoczynkami w bardzo wolnym truchcie na odcinkach również około 100 metrów. Tętno na odcinkach szybkich rosło do 173 ud/min, w truchcie spadało do 166-167 ud/min. Jak widać elastyczność serca wciąż mierna, wielomiesięczne zaniedbania dają o sobie znać, ale za miesiąc powinno być już znacznie lepiej. W okresie, gdy przebieżki stanowiły moją normalną rutynę treningową, biegałam ze średnim tętnem 145 ud/min, a w przebieżkach wartość ta wzrastała zaledwie do 156-160 ud/min. Cóż to był za komfort! Ale wrócę do tego stanu - jeżeli chcę we wrześniu przebiec maraton, to nie ma innej opcji.

