Statystycznie rzecz ujmując
kwiecień 18, 2008 autor joycat
Krótki rzut oka w moją biegową buchalterię.
W ciągu siedmiu lat biegania przebiegłam 8532 km – licząc włącznie z wczorajszym treningiem. Na samym początku nie liczyłam kilometrów zbyt dokładnie, ponieważ nie dysponowałam wówczas narzędziem – oprócz dość prymitywnego sposobu, jakim było użycie mapy i kawałka nitki – które w sposób precyzyjny pokazywałoby mi zrobione w terenie kilometry. Ale mam z grubsza policzone, że w 2001 przebiegłam 489 km, a w 2002 – 903 km. Począwszy od 2003 roku mam zalogowany w dzienniku treningowym każdy bieg, a ponieważ wówczas zaczęłam biegać po dobrze pomierzonych i przeważnie tych samych trasach, więc błąd pomiaru, nawet jeśli występuje, to jest dość niewielki.
Anyway, na dzień dzisiejszy licznik pokazuje mi zgrabne, acz nierówne 8532 km.
Ale wypadałoby to jakoś zaokrąglić. Na przykład do 10 000 km. Od tej liczby dzieli mnie 1468 km. Dużo – mało. Zdecydowanie do zrobienia do końca tego roku. Niestety mam stracony styczeń i luty, więc wyrobić ten kilometraż muszę w ciągu 10 miesięcy. W tej chwili powoli kończy się kwiecień, więc pozostało praktycznie osiem miesięcy.
Policzmy. 1468 km podzielone przez 8 miesięcy daje 183,35 km miesięcznie – można to zaokrąglić do 184 km. Miesiąc ma 4 tygodnie, więc tygodniowy kilometraż musiałby wynieść dokładnie 46 km. To niewiele. To są raptem trzy treningi po 10 km i jeden – pewnie niedzielny - 16 km. Albo cztery treningi po 11,5 km.
Żeby jednak komfortowo przebiec wrześniowy maraton powinnam biegać co najmniej 50 km tygodniowo. Takie założenie zakłada, że raz w tygodniu będę robiła wybieganie, czyli tak zwane LSD (Long Slow Distance Run) 20 km. Na około półtora miesiąca przed maratonem będę też musiała zrobić dwa biegi po 30 km – to jest ciężkie do przeżycia, bo potem przez resztę dnia się śpi i się regeneruje (zakładając oczywiście, że się tę próbę generalną przed maratonem ukończy) i jest się niedostępnym dla reszty świata, co w moim przypadku może być dość trudne. Nienawidzę trzydziestek – straszliwie mnie nudzą. Maraton to co innego – tu się biegnie do mety, gdzie jest medal i kibice. Ale treningowa trzydziestka…? Masakra dla psyche.
