Deszcze niespokojne
kwiecień 17, 2008 autor joycat
Deszcz padał przez całą noc, wygrywając perkusyjną symfonię szmerów na oknie w naszej sypialni. Zupełnie jak w wierszu Staffa:
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny / I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny / Dżdżu krople padają i tłuką w me okno… / Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną / I światła szarego blask sączy się senny… / O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…
Deszcz nie był jesienny, tylko wiosenny - kwietniowy, ale i tak nie wróżył niczego dobrego zaplanowanemu na piątą rano treningowi. Od trzeciej w nocy spałam z przerwami, budząc się co kwadrans i kompulsywnie sprawdzając godzinę na telefonie komórkowym. Gdy w końcu nadeszła TA godzina - godzina okrutnej pobudki - byłam już do tego stopnia zmęczona oczekiwaniem, że najpierw wyłączyłam budzik, a potem zasnęłam jak kamień. Zwloklam się z łóżka parę minut po szóstej, w ślad za Piotrem i niby zjawa (jak to mówi poeta: A cóż to za zjawa ponura i krwawa?) zaczęłam obijać się o kuchenne sprzęty usiłując zagotować wodę na herbatę i przygotować śniadanie.
Na Łosiowe dotarłam po pracy. Pogoda jak na kwiecień barowa, temperatura tylko 7 st. C, więc w lesie nie spotkałam żywego ducha. Tylko łosie obserwowały mnie zza krzaków. Biegło mi się dzisiaj nad wyraz komfortowo - byłam tym dość mocno zdziwiona. Tętno przyzwoitsze niż ostatnio, utrzymywało się w okolicach 160 ud/min, dopiero w drugiej połowie biegu wzrosło do 165 ud/min, ale i tak czułam się całkiem nieźle. Przebiegłam dystans praktycznie jednym ciągiem, nie zatrzymując się przy pomoście i jakoś tak szybko mi dzisiaj zleciało te dziesięć kilometrów. W lesie, na niektórych odcinkach utrzymuje się śliskie błoto, ale dzisiaj przezornie założyłam buty trailowe, Asics Mojave, które mają na takim trudnym podłożu nieporównanie lepszą przyczepność niż szosowe Kayano.
Nie przepadam za tymi butami - podobnie jak wiele innych modeli butów trailowych, nie dorastają do pięt szosówkom w zakresie amortyzacji, co moje nogi natychmiast wychwytują. Mojave w dodatku mają coś skiepszczone w zakresie wsparcia śródstopia, bo mimo że stopę mam normalną z niewielką tylko skłonnością do pronacji, to w tych butach czuję się, jakbym biegała w miękkich bamboszkach. Noga wykrzywia mi się w nich do wewnątrz - zero supportu. A w ogóle to są na mnie o numer za duże, bo Mojave to jest model męski i mój rozmiar w rozmiarówce męskiej okazał się o ponad centymetr dłuższy od mojego rozmiaru w rozmiarówce damskiej (polscy dystrybutorzy nie zawracają sobie głowy takimi babskimi fanaberiami, jak damski but trailowy: alternatywa, przed jaką stoimy my - polskie biegaczki - to albo kupować zagranicą, albo w Polsce, ale modele męskie). Najchętniej to bym się ich pozbyła i kupiła jakiś damski model trailowych butów Asicsa, ale to oznacza zakupy zagranicą, a więc znowu cło i VAT. Tak więc jeszcze trochę w nich pobiegam, bo po pierwsze mają duże zalety w zakresie wodoodporności: są dość pancerne i na takie warunki jak dziś - wymarzone, a po drugie mają niewielki przebieg, niecałe 300 km.
Jakie by one jednak nie były, to doniosły mnie szczęśliwie do stadionu. Nogi od łydek w dół miałam upaćkane czarnym błotem - tak, tak, błoto na Łosiowych Błotach jest czarne niby smoła. Zanim wsiadłam do samochodu umyłam trochę podeszwy butów w kałuży, ale górna część buta, moje skarpetki oraz kawałek skóry widoczny między krawędziami skarpetek a nogawką legginsów, były całkowicie czarne i pokryte zaschniętą błotną skorupą. Dojechałam do domu. Ściągam ci ja windę w garażu podziemnym, otwierają się drzwi, patrzę - a w środku Młody Sąsiad, mieszkamy drzwi w drzwi, różnica wieku między nami podejrzewam jest dość spora, pewnie około 15 lat. Widocznie ściągnęłam go z parteru. Wchodzę do windy, w tych ubłoconych buciskach, cała jeszcze czerwona z wysiłku i pewnie niezbyt pięknie woniejąca, a on wytrzeszcza na mnie oczy. Bąka ”dzień dobry”. W sumie nie dziwię się jego zaskoczeniu, bo w takim przebraniu mnie chyba jeszcze nie widział; spotykamy się przeważnie rano, gdy jadę do pracy i kiedy jestem w biurowym kamuflażu. Winda jedzie do góry, zatrzymuje się na parterze, drzwi się otwierają. O zgrozo - cóż za niespodzianka - do windy wsiada ojciec Młodego, Sąsiad Starszy. No pięknie, teraz lustruje mnie już dwóch facetów, no i te buciska czarne, jakbym za przeproszeniem z chlewa wyszła! Dobrze, że nasz budynek ma tylko trzy piętra - niedługo trwało, a dojechaliśmy na trzecie i z ulgą wysiadłam.

