kwiecień 16, 2008...8:00 pm

W poszukiwaniu straconego czasu

Przejdź do Komentarzy

Jestem wciąż słaba. Jestem przemęczona. Do takich wniosków – zresztą nie nowych – doszłam wczoraj, gdy o godzinie 21:30 zasnęłam nad książką. Jak się okazuje przesunięcie pory biegania na wczesny poranek ma dla mnie tę zasadniczą wadę, że wieczorem jestem padnięta i myślę tylko o spaniu. A więc wygospodarowany na wieczorną pracę czas ulatuje do krainy, w której rządzi niepodzielnie Morfeusz.

O tym, że z tym porannym bieganiem może być ciężko, wiedziałam już od dawna. Wielokrotnie, w poprzednich latach, próbowałam przestawić się na bieganie o świcie i za każdym razem ponosiłam spektakularną klęskę, której główną przyczyną były właśnie napady senności i zmęczenia, atakujące mnie już od wczesnych godzin wieczornych. Bieganie pisało kiedyś o wadach i zaletach treningów porannych: autorzy artykułu twierdzili, że jest to wszystko kwestia przyzwyczajenia i po kilku tygodniach wstawanie o 5. rano wydaje się biegaczowi najnaturalniejsze pod słońcem. Pewnie tak. Ale jak przetrwać ten najtrudniejszy okres adaptacji do nowego planu dnia?

Jest to pytanie dla mnie o tyle kluczowe, że na obecnym etapie mojego życia, gdy od zajęć i obowiązków aż gęsto, muszę bardzo precyzyjnie planować wszystkie swoje działania, jeżeli chcę, aby wszystko grało. Jesienią zrezygnowałam z biegania, ponieważ nie widziałam dla sportu ani grama miejsca w moim trzeszczącym w szwach harmonogramie. Pod koniec zimy stwierdziłam jednak, że za bieganiem tęsknię jak potępiona, więc muszę tak wszystko ustawić, aby to miejsce znaleźć. To było działanie w myśl powiedzenia, że jeżeli nie masz na nic czasu, to dorzuć sobie jeszcze jakiś nowy obowiązek, a czas na pewno się znajdzie. No i właśnie tak zrobiłam miesiąc temu: stwierdziłam, że na sport czas się musi znaleźć (Umiem zaginać czas!), a teraz doszedł jeszcze ten blog, i jak się okazuje, wszystko w miarę dobrze się układa. Zapomniałam tylko o jednym: skoro doba ma tylko 24-godziny i z natury swojej nie jest rozciągliwa, to z czegoś trzeba zrezygnować. W pracy muszę być te 8-9 godzin, czasu na dojazdy też nie skrócę, czasu na dziecko i męża poskąpić nie mogę i nie chcę, na Inne Ważne Sprawy – też absolutnie nie. Jedynym wyjściem jest skrócić czas snu, co jak na razie wychodzi mi bokiem. Musi mi jednak wystarczyć te sześć godzin, zamiast dawnych ośmiu. I muszę się do tego przyzwyczaić.

Grunt to dobra organizacja.

Gdy sobie pomyślę, ile wolnego czasu miałam kilkanaście lat temu, jeszcze jako niepracująca studentka, to nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo ten czas marnotrawiłam wówczas na totalne głupstwa, sprawy nieistotne, czczą gadaninę i zajmowanie się rzeczami, które nie były warte, aby się nimi zajmować. Potem zaczęłam pracować i to w zasadzie był koniec swobodnego dysponowania czasem, no bo przecież weszłam w reżim wyznaczonych godzin pracy i rytmu tygodnia wyznaczanego przez dni pracujące. Ale mimo wszystko tego wolnego czasu miałam wówczas jeszcze w bród. Nie miałam własnej rodziny i po pracy mogłam robić co mi się żywnie podobało: spotykać się z ludźmi, chodzić po mieście, czytać książki w nieograniczonych ilościach, leżeć w łóżku, pisać pamiętnik, wyjeżdżać w każdy weekend, nie spać do rana… A potem wyszłam za mąż i w zasadzie nic się nie zmieniło poza tym, że nieuchronnie, wraz z zarabianiem coraz większych kwot wpadliśmy w szpony konsumpcjonizmu: już nie wystarczył serek wiejski i kawałek bułki, trzeba było zapełnić wspólną lodówkę. I tak małżeńskie gospodarowanie wymusiło na przykład robienie regularnych zakupów, na które traciliśmy mnóstwo czasu, a także wspólne gotowanie obiadków i kolacji, jak również niedzielne obiady u jednych lub drugich rodziców. Nagle okazało się, że prowadzimy drobnomieszczański tryb życia, które pozbawione jest choćby grama metafizycznego dreszczu lub ekscytacji, i które jest po prostu dość nudne w tej swojej stabilności. Inna sprawa, czy potrzebowaliśmy zmian. Ja na pewno.

To był już okres, kiedy ważne miejsce w moim życiu zajęło bieganie. Uczyniłam je centralnym punktem moich zainteresowań, wokół niego kręciło się bardzo wiele spraw, a w okresie, kiedy zaczęłam biegać w maratonach – praktycznie już wszystko. Czasu miałam teraz znacznie mniej niż kilka lat wcześniej, ale nadal wystarczająco, aby pozwolić sobie na trenowanie pięć dni w tygodniu, z czego każdy trening miał dość rozbudowaną strukturę i zajmował mi od dwóch do trzech godzin. Łącznie tygodniowo na bieganie poświęcałam nawet do 15 godzin, na poziomie amatorskim to jest bardzo dużo.

A potem urodziłam dziecko i doznałam – jak większość młodych matek – poważnego szoku. Szok ten wywołany był uświadomieniem sobie bolesnego faktu, że wraz z pojawieniem się na świecie małego człowieczka, mój czas już nie jest mój. Ja już nie mam czasu. Nie istnieje coś takiego jak mój czas – czas wolny, który dawniej mogłam przeznaczyć wyłącznie na własne potrzeby i przyjemności, a teraz w całości muszę je oddać jemu – dziecku. Gdy w ciągu dnia pojawiał się atom wolnego czasu, to wówczas natychmiast zapadałam w kamienny sen. Żegnajcie książki, żegnaj kino, żegnajcie kolacje w restauracjach, żegnajcie wyprawy rowerowe, żegnaj nicnierobienie. Na bieganie wymykałam się wczesnym rankiem, reglamentując sobie czas co do minuty. I tak przez pół roku.

Kolejny etap to był powrót do pracy po sześciu miesiącach macierzyńskiego. Nastąpiła dość radykalna zmiana sytuacji i moich priorytetów. Czas “dla siebie” uzyskałam w pracy, natomiast po pracy gnałam pędem o domu, żeby pobyć z dzieckiem, zanim trzeba je będzie położyć spać. W związku z tym moje myślenie o upływie czasu przestało się koncentrować na tym, że ja mam mało czasu dla siebie, tylko na tym, że nie mam go dla dziecka. Albo: że mam go dla dziecka tak mało. Nieustający problem młodych matek.

Dzisiaj jestem w takim punkcie, że moja latorośl ma już prawie trzy lata, więc nie wymaga noszenia na rękach i karmienia z cyca, i całkiem nieźle potrafi się sama sobą zająć. Nieobecność rodziców w dni pracujące latorośl rekompensuje sobie w weekendy, anektując nas wówczas całkowicie. Część weekendów mam zajętych ze względu na IWS (Inne Ważne Sprawy). Wówczas Maksia widuję tylko rano i przez chwilę wieczorem. Ułamki doby, jakie mam dla siebie, skrupulatnie dzielę na cząstki i organizuję tak, aby żadna minuta nie była stracona. Kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się zalec na kanapie i po prostu pogapić się w sufit? Nie pamiętam.

Tak więc, gdy myślę o tym oceanie wolnego czasu, który miałam kiedyś, a który dziś już jest tylko wspomnieniem, zawsze tworzę w myślach listę rzeczy, które bym zrobiła dzisiaj, gdybym ten stracony czas odzyskała i które będę robić na pewno, gdy w końcu przejdę na emeryturę. Jest tych rzeczy całe mnóstwo i nie wiem, czy starczy mi na nie życia. Może też przeczytam nareszcie Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu.

Napisz odpowiedź