Buster Martin zdemaskowany!
kwiecień 14, 2008 autor joycat
Historii z Busterem Martinem ciąg dalszy. Pomijając fakt, że nieoczekiwanie podniósł statystyki mojego raczkującego bloga, mocno byłam dziś zaskoczona próbując od rana znaleźć w necie jakiekolwiek informacje o tym, czy pan Martin dobiegł do mety, a jeżeli tak - to z jakim czasem. Google jakby nagle nabrało wody w usta, bo wyszukiwanie kierowało mnie wyłącznie do niedzielnych serwisów. Strona Flora London Marathon kompletnie zignorowała Bustera Martina nie umieszczając go na liście zawodników, którzy ukończyli dystans. Bardzo to wszystko było dziwne: przecież 101-letni maratończyk nie może być jednodniową gwiazdą mediów, w stosunku do takich ludzi nie traci się zainteresowania z dnia na dzień.
Zagadka tymczasem się wyjaśniła. Times Online zamieszcza dość obszerny artykuł, w którym Buster Martin zostaje bezlitośnie zdemaskowany. Jak się okazuje, maraton ukończył, w dodatku z wynikiem znacznie lepszym w stosunku do pierwotnych założeń: na mecie był po około 10 godzinach. Ale jest jedno ALE. Komisja od rekordów Guinessa nie chce uznać naszego bohatera za najstarszego maratończyka na świecie, ponieważ Buster nie dostarczył dowodów świadczących o tym, że rzeczywiście ma 101 lat, bo podobno ma zaledwie 94 lata (cóż, młodzian!). Z formalnego punktu widzenia rzeczywiście wydaje się to dość kluczowe. Zrobiła się mała afera. Buster is not a hero any more. Szczegóły w zlinkowanym artykule.
A mi jest wszystko jedno. Sto jeden lat czy dziewięćdziesiąt cztery, ten facet chodzi po tym łez padole cały wiek! I właśnie przebiegł maraton! Czy naprawdę musimy być aż tak pryncypialni? Czy urzędasy z Komisji Do Spraw Rekordów Guinessa zdają sobie sprawę, co to znaczy biec - nawet jeżeli jest to tylko trucht - przez dziesięć godzin??
Może Buster rzeczywiście nie jest Najstarszym Maratończykiem na Świecie. Nawet jeśli jest to PR-owa sztuczka, albo nawet jeśli po prostu nie potrafi sobie przypomnieć, w którym dokładnie roku się urodził, to kłaniam mu się nisko i oddaję hołd, jako człowiekowi, który wykazał się niezwykłym hartem ducha i nieprzeciętną siłą woli. Kto nigdy nie posmakował maratonu, niech nie rzuca kamieniem w Bustera. To nie jest oszustwo - to jest co najwyżej nieprecyzyjne datowanie. Próbuję sobie wyobrazić, czy przypomniałabym sobie datę moich urodzin, gdybym na karku nosiła cały wiek - i kurcze, nijak mi to nie wychodzi.
I jeszcze w charakterze smętnej anegdoty: dlaczego nie znamy dokładnego wyniku pana Martina? Otóż okazuje się, że bramka zliczająca na mecie czasy poszczególnych maratończyków została zdemontowana na 45 minut przed przekroczeniem mety przez Bustera. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że na Bustera nikt na mecie nie czekał. Że meta po prostu zniknęła. Może nawet nie było już nadmuchiwanej bramy? A przecież Busterowi, nawet jeżeli nie kwalifikuje się do Księgi Rekordów Guinessa, należały się kwiaty, feta, pinta ulubionego piwa, uścisk ręki włodarza Londynu. Tymczasem meta odjechała, zanim Buster ją osiągnął: nie ma chyba smutniejszej metafory bezsensowności wysiłku maratończyka.

