Dosyć się dzisiaj umęczyłam na Łosiowych. Po pierwsze dokuczał mi jakiś ból w okolicach splotu słonecznego; trudno określić przyczynę tego dyskomfortu, może to wątroba..? Byłoby to jednak dziwne zważywszy na fakt, że zjadłam w ciągu dnia niewiele, były to rzeczy doskonale na codzień znane mojej szanownej wątrobie, i nie było żadnego powodu, aby właśnie dzisiaj, dokładnie na godzinę przed zaplanowanym bieganiem, owa wątroba odezwała się do mnie tak dramatycznym głosem. To po pierwsze.
Po drugie. Nocne i poranne opady deszczu, dość intensywne, zamieniły łosiowe ścieżki w śliskie grzęzawisko. Kałuż mnóstwo, ale kałuże to jeszcze nic, bo zawsze można je jakoś ominąć. Najgorsze są te fragmenty, gdzie ścieżka na całej szerokości jest rozmiękła i nie da się, po prostu się nie da przejść suchą stopą. W rezultacie, gdy już zakończyłam pętlę dobiegiem do stadionu, wyglądałam jak nieboskie stworzenie z nogami do łydek upaćkanymi czarnym błotem. Co musiało wyglądać o tyle groteskowo, że oczywiście jak zwykle nie przyszło mi do głowy, aby założyć na bieg po lesie terenowe Asicsy Mojave, tylko koniecznie muszę straszyć łosie białymi, wyglansowanymi Kayano (które – jak każdy biegacz doskonale wie – są przeznaczone do biegania głównie po tak zwanym “twardym”, czyli np. po asfalcie). Po powrocie do domu buty trafiły natychmiast do pralki. Niestety mam na punkcie ich czystości pewną niegroźną obsesję. Nic nie sprawia mi bowiem większej przyjemności, niż założenie na bieganie białych, lekko znoszonych asfaltówek.
Tak więc biegło mi się dzisiaj nieszczególnie, bo nie dość, że pobolewała wątroba, to jeszcze nogi ślizgały mi się w błocie na wszystkie strony. Zziajałam się jak pies. Ale plan wykonany, 10 kilosów zaliczone. Na stadionie czekali na mnie Piotr z Maksiem: moje dziecko dzielnie zasuwające na rowerku i przyozdobione kaskiem większym niż ono samo, ubłocone oczywiście od stóp do głów, no bo te kałuże – podobno było kilka wywrotek.
Przyszedł dzisiaj pocztą kolejny – kwietniowy – numer Biegania. Od pewnego czasu z przyjemnością biorę go do rąk i nie czuję już potrzeby prenumerowania amerykańskiej lub brytyjskiej edycji Runner’s Worlda, w której tłukli ciągle te same tematy i non-stop miałam poczucie deja vu. W naszym rodzimym Bieganiu wyszliśmy już z poziomu zaścianka i, twierdzę to z pełną odpowiedzialnością, w porównaniu z biegowymi magazynami wydawanymi na tak zwanym Zachodzie nie mamy się już czego wstydzić. Nie jestem wprawdzie specem od rynku wydawnictw sportowych, ale jakość Biegania widoczna jest gołym, nieuzbrojonym okiem, a sam magazyn po prostu może się podobać: dobry papier, oryginalna grafika, ciekawe zdjęcia, niebanalne pomysły na artykuły, no i merytorycznie chyba też jest całkiem nieźle. Magazyn jest egalitarny, dla i o zwykłych biegaczach. Pod artykułami nazwiska znajomych z forum Biegaj z nami, na zdjęciach znajome twarze. Magazyn do kupienia jest w Empiku lub w prenumeracie. Polecam – do biegania zachęci nawet najbardziej zatwardziałego kanapowego tygrysa.
Nadchodzący weekend mam bardzo zajęty i niewykluczone, że przepadną mi treningi sobotni i niedzielny. Opcją jest oczywiście bardzo wczesna pobudka, ale nie wiem – i szczerze się do tego przyznaję – czy dam radę wstać przed piątą. Zdanie, które właśnie napisałam, jest typową samospełniającą się przepowiednią, więc jest już prawie pewne, że ani w sobotę, ani w niedzielę nie wstanę na wczesnoporanne bieganie.
Ale jeśli napiszę dwadzieścia jeden razy wróżbę całkowicie odwrotną, to ciekawe, czy stanie się tak, jak to obiecuje Rożal?
W sobotę i w niedzielę wstanę o piątej rano na bieganie. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę. Wstanę.


