kwiecień 9, 2008...9:27 pm

Na dobranoc – dobry wieczór

Przejdź do Komentarzy

W moim blogu miało być głównie o bieganiu, ale gdy zastanawiałam się nad dzisiejszą notką, to myśli krążyły wyłącznie wokół wydarzeń związanych z dziwaczną podróżą znicza olimpijskiego przez świat. Zastanawiałam się, czy moja notka sprzed dwóch dni, ta o bombie na maratonie, notka która niespodziewanie przerodziła się w felieton na temat Chin, nie była przypadkiem sianiem defetyzmu i propagowaniem postaw konformistycznych: skoro nie możemy Chinom naskoczyć, to po co protestować? No ale to nie tak.

U fryzjera przejrzałam dzisiaj zeszłotygodniowy numer Przekroju (musi mi wejść w nawyk zapisywanie źródeł, bo potem nie mam się na co powołać), gdzie jeden z komentatorów, którego nazwiska niestety nie pamiętam (Przekrój nie jest moim magazynem, czytam głównie Politykę), pisze właściwie dokładnie to samo, co ja starałam się wyrazić dwa dni temu, tylko oczywiście składniej i lepiej dobranymi słowami. Świat polityki nie zareaguje słowem na łamanie praw człowieka w Tybecie, bo Chiny mają głos w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i wpływy w Korei Północnej. Głowa Kościoła katolickiego - papież – nie zareaguje na Tybet, bo Benedykt XVI ma na względzie zapewnienie swobód wyznaniowych chińskim katolikom. Departament Stanu USA nie zareaguje na najbrutalniejsze nawet akcie przeciwko Tybetańczykom, bo gospodarka amerykańska jest zbyt ściśle powiązana z chińską. MKOl nie zaprotestuje, bo przecież przez lata sam lobbował za przyznaniem Chinom olimpiady – miał być to sposób na ucywilizowanie i obłaskawienie chińskiego kolosa. Tymi, którzy powinni protestować, są organizacje broniące praw człowieka; ich akcje powinniśmy wspierać na tyle, na ile potrafimy i na ile jesteśmy w stanie. Ale nie łudźmy się: świata nie zbawimy powiewając flagami i gasząc olimpijski znicz.

Jednak mimo wewnętrznego sceptycyzmu co do skuteczności antychińskich akcji protestacyjnych, wciąż zastanawiam się, jak mogłabym dać wyraz mojemu przekonaniu, że w Tybecie dzieje się zbrodnia. Może właśnie na to powinnam w tym roku spożytkować 1% moich podatków?

Biegałam wczoraj popołudniu, po powrocie z pracy. Było dość chłodno, ale słonecznie. Na Łosiowych, po nocnych opadach deszczu, błoto niemiłosierne, miejscami tak ślisko, że trzeba przejść w marsz, jeżeli nie chce się ryzykować spektakularnego upadku prosto w czarną, ciamkającą pod butami maź. W połowie pierwszego kilometra wpadliśmy na siebie ze Scarabeusem, moim maratońskim przyrodnim bratem (o którym słów kilka tutaj, w końcowych akapitach tekstu). Dawno się nie widzieliśmy, on też miał dłuższą przerwę w bieganiu i właśnie powraca na ścieżki biegowe. Ponarzekaliśmy wspólnie na naszą słabą formę. Powiedział, że za pięćset metrów, między torami a tymi pagórkami flankującymi poligon od zachodniej strony, stoi łoś – piękny, dorodny okaz. Scarabeus obserwował go z bliska przez prawie dwadzieścia minut. Gdy to usłyszałam, pognałam w stronę torów, niepomna wskazań pulsomierza, cała w nadziei, że nareszcie, po tylu latach ujrzę na własne oczy i w świetle dziennym łosia! Mam bowiem do tych zwierząt niezwykłego pecha, mimo że na Łosiowych kręci się ich chyba całe stado, bo ciągle ktoś ze znajomych się na nie natyka w najmniej oczekiwanych miejscach i o nieoczekiwanych porach. No ale niestety: zanim dobiegłam we wskazane przez Scarabeusa miejsce, po łosiu nie było już śladu.

Bez większych problemów przetruchtałam wczoraj moje tradycyjne 10 km. Problemów nie było, ale przyznać muszę, że kondycja nadal nikczemna: zaliczyłam parę przerw w marszu, tak więc trening zrobiony był bardziej metodą Gallowaya, niż regularnym biegiem. Nie zrażam się jednak: widzę wyraźny postęp.

3 maja tradycyjnie organizowany jest Bieg Konstytucji 3 maja. Nie brałam w tej imprezie udziału od 2004 roku. Czas wrócić do gry :) co w moim przypadku – realnie oceniając szanse – oznacza dowleczenie się do mety na końcu stawki. Cztery lata temu zrobiłam nawet przyzwoity wynik, była to moja życiówka na dystansie 5 km: 23 minuty z niewielkim hakiem. A dziś? Jeżeli przybiegnę w czasie poniżej 35 minut, to będę bardzo kontenta. To, co mnie najbardziej niepokoi, to ten morderczy podbieg pod Agrykolę – bez specjalnego przygotowania nie da się sforsować tego podbiegu nie przechodząc do marszu. Postanowiłam więc wpleść w treningi w ciągu najbliższych trzech tygodni podbiegi pod tę górę w parku między Lazurową a Powstańców, i mam nadzieję, że nie przypłacę tego zawałem serca. Trochę siły biegowej się przyda.

Planów treningowych do maratonu jeszcze nie przygotowałam, ciągle brakuje mi na to czasu. Ale od tego bloga powoli się uzależniam. Obserwuję u siebie ten sam syndrom, co w przypadku fotografii. W okresach intensywnego eksploatowania moich aparatów, kiedy na jeden spacer z Maksem, wychodziliśmy z trzema aparatami (DSLRem Nikona, analogowym dalmierzem Canona i dwuobiektywową lustrzanką Yashica Mat 124G) przyłapywałam się na analizowaniu całej widzialnej wokół mnie rzeczywistości pod kątem potencjalnych kadrów. To samo jest z tym blogiem: ciągle kręci mi się głowie taka szpulka nawijająca taśmę z pomysłami na notki. Ciekawe, co to wróży: czy pomyślny rozwój tego bloga, czy też wręcz przeciwnie, jest oznaką słomianego zapału, który błyśnie jasnym płomieniem i natychmiast się wypali?

Strasznie długie notki piszę. Czy to nie jest przypadkiem jakiś błąd w sztuce? Ale nie potrafię krócej. Muszę się wygadać. Kończ już, panna, pora spać.

Napisz odpowiedź