kwiecień 7, 2008...9:53 pm

Bomba na maratonie

Przejdź do Komentarzy

 Niesamowitego newsa wyszperałam dzisiaj na Onecie: Samobójczy atak bombowy podczas biegu maratońskiego. Ta informacja pewnie za jakiś czas zniknie lub zostanie przeniesiona do archiwum, więc wklejam tutaj jej treść:

Samobójczy atak bombowy podczas biegu maratońskiego w Weliwerija w Sri Lance uśmiercił 14 osób – informują agencje. Wśród ofiar znaleźli się minister transportu i ruchu drogowego tego kraju Jeyaraj Fernandopulle, a także były olimpijczyk Kuruppe Karunaratne i trener kadry Sri Lanki Lakshman de Alwis.

Internetowe serwisy piszą, że za zamachem stoją najprawdopodobniej Tamilskie Tygrysy.

Druga wiadomość dnia jest taka, że olimpijski znicz, który właśnie zawitał do Francji, został dzisiaj wygaszony w trakcie zamieszek na ulicach Paryża, zamieszek wywołanych przez demonstrantów manifestujących swoje poparcie dla idei wolnego Tybetu i sprzeciw wobec pekińskiej olimpiady. Wygaszenie znicza to incydent o dramatycznym wydźwięku: jak mówiono dzisiaj w TVN24 do tej pory w dziejach współczesnego ruchu olimpijskiego zdarzyło się to tylko dwa razy: w Montrealu z przyczyn technicznych i w Seulu, kiedy płomień został zagaszony przez deszcz i wiatr.

Tymczasem teraz, w Paryżu, wygaszenia znicza dokonała policja, zamykając go w autobusie wraz z osobami, które ten znicz niosły, a zrobiono to ze względów bezpieczeństwa wobec napierającego tłumu demonstrantów – tak to przynajmniej wyglądało w telewizji. Osobiście trudno mi uwierzyć, że nie mogli zapewnić pełnej ochrony dla sportowców niosących olimpijski ogień.

Cała ta sprawa, wszystko to co się dzieje teraz wokół Tybetu, jest niesłychanie skomplikowane i trudno mi zająć określone, jednoznaczne stanowisko. Bo problem trzeba widzieć wielowymiarowo.

Łamanie praw człowieka w Chinach i zbrodnie w Tybecie są rzeczą bezdyskusyjną i należy je bezwarunkowo potępić. Obawiam się jednak, że nasz – zachodni – stosunek do chińskiej polityki w Tybecie i szerzej, polityki wewnętrznej Chin, obarczony jest grzechem hipokryzji, a co gorsza – naiwności. Czy ktokolwiek na serio uważa, że wymachiwanie tybetańskimi flagami pod chińską ambasadą w którejkolwiek ze stolic naprawdę przyniesie jakieś rezultaty? Że Chińczycy przestraszą się głosów płynących z zachodnich demokracji, nawet jeżeli głosy te będą zwielokrotnione?

I co z tego, że będzie bojkot olimpiady? Na pewno nie wszystkie ekipy zdecydują się na ten krok. Na pewno wszystkie telewizje świata tym chętniej będą transmitowały olimpiadę, im więcej będzie szumu – reklamodawcy tylko na to czekają! Ilu z nas zdecyduje się na nie włączenie telewizorów na ceremonię otwarcia? Przecież im większe będzie napięcie, tym większa będzie nasza niecierpliwość, aby zobaczyć, który ze sportowców ma ogoloną głowę i jak wobec tego wszystkiego zachowywać się będzie Przewodniczący Hu Jintao.

A Chinom te wydarzenia nie zaszkodzą wcale a wcale. Nie sposób zlekceważyć półtoramiliardowego narodu o potencjale, o jakim nie śniło się zachodnim demokracjom. Nie sposób zlekceważyć najsilniejszej, najbardziej dynamicznej gospodarki świata, na której pieniądzach stoi amerykańska giełda. Co Ameryka może zrobić Chinom? Co najwyżej wydawać pełne niepokoju oświadczenia dyplomatyczne, a i to niekoniecznie – chińskiego tygrysa nie wolno przecież drażnić.

Oczywiście: protestujmy, wywieszajmy flagi, piszmy listy, manifestujmy poparcie. Musimy być jednak świadomi, my – rozpuszczeni zachodni demokraci, że:

  • po pierwsze: Azja nie zna demokracji i ta forma ustroju jest jej obca; utrzymywanie dominacji na zdobytych terytoriach zawsze odbywało się drogą siły i przemocy; o tym jak fałszywe jest nasze przekonanie, że państwa azjatyckie gotowe są (i chętne) na przyjęcie demokracji świadczą doświadczenia Amerykanów w Iraku. Świetnie opisał to zjawisko Kapuściński w Szachinszach: Irańczycy po zwycięstwie rewolucji Chomeiniego po prostu nie wiedzieli, co mają dalej robić – tradycja samorządności w kształcie uformowanym przez tradycję europejską jest im z gruntu obca, to są społeczeństwa od wieków rządzone przez silne, autokratyczne jednostki. Chiny są kolejnym na to przykładem.
  • po drugie: dopóki światowa gospodarka uzależniona jest od chińskiej w takim samym stopniu jak my – ludzkie stworzenia od wody i tlenu, dopóty nikt palcem nie ruszy, żeby udzielić chińskim komunistom lekcji praw człowieka i dobrych manier. Nie ma w tej chwili na świecie państwa, które mogłoby się zmierzyć militarnie z Chinami. Kto przeleje krew sytych Amerykanów i Europejczyków w imię niedostępnego, górzystego skrawka tej planety, nawet jeżeli kryje się tam wielka tradycja, kultura i mądrość buddyzmu? Nikt takiej decyzji nigdy nie podejmie – bądźmy realistami. Będziemy krzyczeć i manifestować, ale ci, którym daliśmy mandat, by nami rządzili, nie podejmą decyzji narażających na szwank stabilność i prosperity rządzonych przez nich państw i narodów. Oni też mają swoje życie, którego nie będą ryzykować w imię idei tak abstrakcyjnej i tak egzotycznej jak tybetańska niepodległość. Czy ktoś przyszedł Polsce na pomoc we wrześniu 1939 roku?

Mimo wszystko wywieszam na blogu banner solidarności z Tybetem – to jest sygnał tylko i wyłącznie tego, że myślę o nich, o ludziach z kraju buddyjskich klasztorów. Nie łudzę się jednak, że robię tym bannerem coś wielkiego.

Wracając do newsa z początku tej notki. To chyba pierwszy taki przypadek w dziejach maratoningu, że w trakcie maratonu dochodzi do zamachu terrorystycznego. Dziewięć lat temu nikt by nie przypuszczał, że na lotniskach będą zdejmować pasażerom buty i zaglądać do majtek w celu znalezienia potencjalnej bomby. Po 11 września wszystko jest już możliwe. Czy po 7 kwietnia, przed startem w maratonie będziemy poddawani prześwietleniu na bramkach ustawionych w strefie startowej? To, co wczoraj wydawało się makabrycznym żartem, dziś przestaje być śmieszne i nabiera dość koszmarnych odcieni.

 

Napisz odpowiedź