kwiecień 3, 2008...11:08 am

Ostatnia niedziela września

Przejdź do Komentarzy

Czytam w ostatnich dniach rozmaite relacje z Półmaratonu Warszawskiego i coraz bardziej żałuję, że nie wzięłam w tej imprezie udziału. Tym razem jednak nie była to kwestia mojego chcenia czy niechcenia, tylko obowiązków, które dobrowolnie na siebie wzięłam i które muszę teraz konsekwentnie realizować. To one są priorytetowe i doskonale mam to w głowie przepracowane.

A jednak nie mogę się oprzeć uczuciu żalu, gdy czytam, że trasa była rewelacyjna (nareszcie zrezygnowano z tej koszmarnej długiej prostej wzdłuż Wisłostrady!), poprowadzona przez najciekawsze i najładniejsze miejsca Śródmieścia, że pogoda była idealna (nie za zimno, nie za ciepło, piękne słońce), że kibiców było dużo (to chyba dzięki fantastycznej pogodzie), że organizacja bez zarzutu, że meta usytuowana w ciekawym miejscu (przy skwerze nad Wisłą koło Biblioteki Uniwerstyteckiej). I nawet frekwencja była wyjątkowa, wystartowało podobno aż 2400 osób, co zdaje się bije rekord ostatniego Maratonu Warszawskiego z września 2007. Zostały spełnione wszystkie warunki idealnej imprezy biegowej, a mnie tam nie było!

Ale niedziela 30 marca 2008 już odeszła w przeszłość i nie wróci, skupiam się więc na przyszłości. W zasadzie podjęłam już decyzję o starcie we wrześniowym maratonie. Do żadnej z wiosennych imprez nie zdążę się przygotować - to trzeba sobie powiedzieć jasno. Maraton odbędzie się 28 września, w ostatnią – już jesienną – niedzielę tego miesiąca. Mam sześć miesięcy na doprowadzenie się do stanu używalności biegowej i jest to cel moim zdaniem realny. Oczywiście należy z góry porzucić mrzonki o biciu rekordów typu złamana czwórka; to mogłoby się e-wen-tu-al-nie wydarzyć dopiero w roku 2009, ale tylko i wyłącznie pod warunkiem prowadzenia regularnego treningu pod okiem na przykład Jurka; nie wiem, czy wygospodaruję na to czas. Umieszczając cel biegowy w realistycznej czasoprzestrzeni i uwzględniając, że każdy cel powinien być smart, piszę: przygotować się do maratonu we wrześniu, wystartować i ukończyć go w czasie 4:00 – 4:45.

 A zatem pierwszy najtrudniejszy krok wykonany. Podjęłam decyzję. Kolejnym krokiem powinno być opracowanie harmonogramu przygotowań, czyli rozpisanie treningów na tygodnie, dzielące mnie od daty startu. Jeszcze nie wiem, po który z licznych planów dostępnych w necie i w literaturze sięgnę, niewykluczone, że przeszukam moje archiwa i wezmę plany pisane dla mnie przez Jurka wiosną i latem 2003, przed moim pierwszym maratonem. A może będzie i tak, że sama sobie taki plan napiszę, łącząc w całość elementy różnych planów i wskazówki od Jurka. Kluczowym okresem przygotowań będzie lato; w lipcu i sierpniu będę robić najdłuższe wybiegania na dystansie do 30 km.  Latem będę miała trochę więcej czasu na weekendowe bieganie, więc mam nadzieję, że ten plan wypali. No i na urlopie będę mogła pobiegać, o ile nie dopadnie mnie charakterystyczne dla mnie urlopowe rozprężenie wszelkiej dyscypliny.

No i oczywiście trzeba się zapisać. Na stronie Maratonu Warszawskiego czytam, że przebieg trasy zostanie opublikowany 10 kwietnia. Rozumiem zatem, że trasa będzie inna niż w poprzednich latach i darują nam Wisłostradę, a jeżeli nie, to przynajmniej skrócą ten odcinek – moim zdaniem działa on wyjątkowo demotywująco na psyche maratończyka, i nie jest to tylko moja opinia. Główny problem z Wisłostradą jest taki, że ma ona przebieg jak strzelił: północ-południe i ciągnie się na długości ok. 20 km. W zależności od przebiegu trasy i lokalizacji mety biegnie się na południe albo w pierwszej części biegu, albo w drugiej – zawsze pod słońce. Tak źle, i tak niedobrze. Zawsze człowiek się wysmaży w słońcu i umęczy monotonią trasy, którą odmierzają, niby poprzeczne przecinki, kładki dla pieszych zawieszone nad jezdnią i mosty przez Wisłę począwszy od ul. Wirtniczej, a skończywszy na Moście Gdańskim (bywały też wersje hardokorowe: w 2001 roku trasa maratonu poprowadzona była w ten sposób, że Wisłostradą maratończycy lecieli aż do Powsina, tam nawrót i w kierunku północnym biegło się aż na Bielany, gdzie na wysokości ul. Gwiaździstej był kolejny nawrót w kierunku południowym; meta usytuowana była przy skwerze pod Starym Miastem). Na domiar złego, ponieważ Wisłostrada nie przebiega przez Śródmieście sensu stricto, tylko bardziej – na niektórych odcinkach – przez dzielnice mieszkaniowe, kibiców jest niestety jak na lekarstwo. Ta trasa jest po prostu za długa i za szeroka jak na maraton; ruch nigdy nie jest wstrzymany całkowicie, tylko częściowo, na jednym kierunku, więc też trudno się dziwić kibicom, że wolą obstawiać takie miejsca kibicowania jak na przykład Stare Miasto. Marzą mi się dla Warszawy takie ilości kibiców, jakie widzi się wzdłuż tras maratonów berlińskiego, nowojorskiego, paryskiego… Marzenia – za pięćdziesiąt lat może się ziszczą.

To była taka tematyczna dygresja, ale podsumowując, do zrobienia są dwie rzeczy: zapisać się do maratonu i przygotować plany treningowe na sześć miesięcy. No i wyjść na bieganie dziś, po pracy. O tym, że – i dlaczego – nie wstałam rano, pisać nie będę, bo to jest oczywiste i nie wymaga komentarza. Jestem pod tym względem niereformowalna.

Napisz odpowiedź