You are currently browsing the monthly archive for kwiecień 2008.
O czym to ja chciałam dzisiaj napisać…? Aha. Mam dziś urlop – wymarzony, wytęskniony dzień wolny, początek kuriozum na skalę światową, czyli Długiego Majowego Weekendu. Z tej okazji pospałam do 6:45 (Boże, co za wypas!) i nie śpiesząc się, na pełnym relaksie, pojechałam na Łosiowe, aby dostarczyć należną mojemu oganizmowi dawkę dziesięciu kilometrów biegu.
Już jest! Wczoraj pojawiła się w polskich sklepach: nowa płyta Madonny Hard Candy. Od premiery Confessions on the Dance Floor minęło dwa i pół roku, nic więc dziwnego, że gorączka medialna wokół nowego materiału Królowej Popu trwała już od kilku dobrych paru miesięcy. Nie zastanawiając się wiele nabyłam drogą kupna Hard Candy wczoraj, jeszcze przed południem. Dziś mam tę płytę dwukrotnie przesłuchaną. I cóż? Jakie refleksje?
Przydarzyło mi się dzisiaj coś dziwnego. Napiszę o tym w bardzo prostych słowach i bez owijania w bawełnę rozbudowanej epickiej narracji. Otóż wracałam z pracy samochodem, zbliżałam się właśnie do przejścia dla pieszych. Na skraju chodnika stała kobieta, która chciała przejść przez jezdnię, więc wyhamowałam, żeby się zatrzymać i ją przepuścić. Spojrzałam na jej twarz i aż mnie przeszedł zimny dreszcz.
Życie ma tylko jeden sens: sam akt życia jako taki. To jest zdanie z Ucieczki od wolności Ericha Fromma. Ile lat życia trzeba mieć za sobą, żeby dojść do takiego wniosku? Czy każdemu z nas dana jest możliwość uświadomienia sobie w pewnym momencie – choćby podskórnie i niejasno – że właśnie o to w życiu chodzi? Gdy prawie pięć miesięcy temu, uczestnicząc w pewnym brzemiennym w skutki szkoleniu, zostałam poproszona o krótkie i spontaniczne wystąpienie na temat Dlaczego warto żyć na Ziemi? dość szybko połapałam się, że chodzi o podjęcie wysiłku zdefinowania własnego stosunku do życia i próbę nazwania po imieniu jego sensu. I – dziwna sprawa – od razu stanęła mi przed oczami scena przedstawiająca linię startu wielkomiejskiego maratonu z wielobarwnym tłumem rozgrzewających się maratończyków. A potem, nie zastanawiając się wiele, wyartykułowałam straszliwy banał, dość trafnie jednak oddający moje wciąż niesprecyzowane przeczucia odnośnie sensu egzystencji na tym łez padole: Metaforą życia jest dla mnie droga.
Pobudka o godzinie 4:50; po kolorze światła wpadającego do sypialni przez okno w dachu domyśliłam się pięknego poranka, nie było więc wymówek. Po wielu pochmurnych i deszczowych dniach, kiedy słońce widzieliśmy tylko w telewizji, przejaśniło się na niebie i dzień wstał zachwycający w swej urodzie. Błękit nieba ostro lśnił od samego świtu, słońce wzniosło się nad Pałac Kultury już o 5:28, kiedy byłam zaledwie na drugim kilometrze mojej miejskiej trasy, i przez kolejne trzy kilometry świeciło mi centralnie w oczy tak mocno, że zatęskniłam za ciemnymi okularami (kto bierze na wczesnoporanne bieganie okulary słoneczne?? a jednak czasami się przydają).
Wczoraj był wtorek, a więc bieganie. Popołudniowa wyprawa na Łosiowe. Ładny, w miarę ciepły dzień, 15 stopni. Doprawdy nie wiem, co mnie podkusiło, aby wystroić się w dwie koszulki dry-fit Nike i aby omotać sobie głowę buffą: taki strój byłyby optymalny na 10 st. C, ale na pewno nie na wczoraj: na piątym kilometrze chłodnica mi się zagotowała i musiałam się rozbierać. Ale nie to było najgorsze, zbędne ciuchy zawsze można upchnać po kieszeniach. Ponieważ było mi gorąco od samego początku, więc i samopoczucie miałam średnie: ruszałam się niby mucha w smole, nogi jak z ołowiu prawie nie odrywały się od podłoża. Fatalna sprawa. Jak na ironię, tętno miałam niezłe (150-160 ud/min) i spokojnie mógł to być udany bieg, gdyby nie to bezsensowne przegrzanie się na samym początku trasy.
Wiosna – cieplejszy wieje wiatr! Nie chce mi się dzisiaj nic pisać. Jest już późno, każda niedziela jest ostatnio niezwykle intensywna. Z tematów biegowych i okołobiegowych to zaistniało dzisiaj tylko wczesnoporanne łosiowanie (na tradycyjnej trasie 10 km) we wspaniałych okolicznościach przyrody: chłodno, deszczowo i zielono. To moje ulubione warunki do biegania. Gdybym miała się czepiać, to zażyczyłabym sobie jedynie około 5 st. C więcej, tak do temperatury 13-16 st. C – wówczas można się ubrać w letnie ciuchy i z całkiem gołymi łydkami hasać po błocie. Dzisiaj o 7. rano było jednak tylko 7 st., więc nie zdecydowałam się na taki hardkor.
Przyroda korzysta z ostatnich deszczy, wszystko kwitnie i pachnie. Jest po prostu przepięknie.
Dopisek w poniedziałek 21 kwietnia: Może gdybym biegając nie słuchała tak namiętnie muzyki, to usłyszałabym i zobaczyła to stworzenie. Kręciło się wczoraj w okolicach naszej trasy; sfilmowali je koledzy, którzy biegli pół godziny przede mną.
Wybrałam się nareszcie do jednego ze sklepów Intersport, aby wyrobić sobie własne zdanie na temat wiosennej promocji Pumy. Na pierwszy rzut oka super atrakcyjna dla biegaczy oferta: pięć modeli butów do wyboru, trzy modele męskie, dwa damskie. Do zakupu każdej pary Puma dołącza w prezencie kompletny strój do biegania (letni), o wartości ok. 400 pln.
Krótki rzut oka w moją biegową buchalterię.
W ciągu siedmiu lat biegania przebiegłam 8532 km – licząc włącznie z wczorajszym treningiem. Na samym początku nie liczyłam kilometrów zbyt dokładnie, ponieważ nie dysponowałam wówczas narzędziem – oprócz dość prymitywnego sposobu, jakim było użycie mapy i kawałka nitki – które w sposób precyzyjny pokazywałoby mi zrobione w terenie kilometry. Ale mam z grubsza policzone, że w 2001 przebiegłam 489 km, a w 2002 – 903 km. Począwszy od 2003 roku mam zalogowany w dzienniku treningowym każdy bieg, a ponieważ wówczas zaczęłam biegać po dobrze pomierzonych i przeważnie tych samych trasach, więc błąd pomiaru, nawet jeśli występuje, to jest dość niewielki.
Anyway, na dzień dzisiejszy licznik pokazuje mi zgrabne, acz nierówne 8532 km.
Indie spisały się znakomicie. Mam na myśli oczywiście organizację sztafety olimpijskiej, która wczoraj zawitała do Delhi. Indyjska policja wystawiła na ulice ilość funkcjonariuszy nie widzianą w tym mieście ponoć nigdy wcześniej – 16 tysięcy policjantów całkowcie zamknęło centrum Delhi; trasę sztafety skrócono do minimum, tak że sam bieg trwał zaledwie pół godziny. Na 2-kilometrowym odcinku siedemdziesięciu uczestników sztafety biegło z pochodnią po kilkanaście metrów (z prostego rachunku wynika, że każdy z nich miał do pokonania, woow! aż 28 metrów z pochodnią) i oddawało ogień kolejnej osobie. Na trasie sztafety stali głównie Chińczycy, przedstawiciele chińskiej diaspory w Indiach, natomiast Tybetańczyków oraz każdego, kto niósł tybetańską flagę, policja natychmiast pakowała do samochodu i wywoziła daleko od centrum wydarzeń.











Komentarze