Dzisiaj w Warszawie odbył się 3. Carrefour Półmaraton Warszawski. Nie mam szczęścia do tego biegu.
Decyzję o organizacji samodzielnej półmaratońskiej imprezy Fundacja Maratonu Warszawskiego podjęła bodajże wiosną 2005. Do tamej pory półmaraton rozgrywany był w tym samym terminie co maraton; były dwie linie startu oraz wspólna meta, co oczywiście nastręczało organizatorom mnóstwa problemów logistycznych. Po organizacyjnych perturbacjach podczas imprezy we wrześniu w 2004, FMW zadecydowała, że od roku 2006 półmaraton rozgrywany będzie odrębnie, w ostatni weekend marca. Gdy ta decyzja została ogłoszona na początku 2005, byłam już w zaawansowanej ciąży z terminem porodu na początek lipca. Żyłam wówczas w przekonaniu, że po porodzie błyskawicznie stanę na nogi, wrócę do biegania i – w przypadku, gdyby półmaraton rozgrywany był razem z maratonem we wrześniu – w ciągu dwóch miesięcy zdołam przygotować się do przebiegnięcia 21 km. Tymczasem Fundacja zadecydowała, że najbliższy półmaraton, już jako samodzielny bieg, odbędzie się dopiero w marcu 2006. Byłam wtedy jednym z najzagorzalszych przeciwników tego posunięcia i na forum Biegaj z nami, w odpowiednim wątku, dawałam kilkakrotnie upust swojemu sprzeciwowi i frustracji, że oto mnie – matkę in spe – pozbawia się szansy na uczestnictwo w dużej biegowej imprezie.
W miarę jak zbliżał się termin 1. Półmaratonu Warszawskiego, stawało się coraz bardziej oczywiste, że moja forma daleka będzie od tej, jaką wypracowałam sobie we własnych wyobrażeniach. Powrót do pracy po sześciu miesiącach macierzyństwa, niemowlę w domu, naturalne dla tego okresu w moim życiu zmęczenie – wszystko to nie sprzyjało bieganiu. Nie było mowy o regularnym treningu. A jednak postanowiłam wystartować. Decyzję o starcie podjęłam na miesiąc przed terminem imprezy i przez cały marzec próbowałam się “rozbiegać”. Półmaraton oczywiście ukończyłam, ale wynik na mecie był dość słaby (2 godz. 12 min, przy życiówce 1 godz. 52 min). Sam bieg nie pozostawił we mnie zbyt miłych wspomnień. Wlokłam się w ogonie, biegłam sama, pogoda była zimna i szara, na ulicach Warszawy kibiców jak na lekarstwo.
Minął kolejny rok, moje “treningi” nadal były nieregularne, biegałam zrywami. W 2. Półmaratonie Warszawskim – podobnie jak rok wcześniej – wystartowałam z marszu, praktycznie bez przygotowania, namówiona przez kolegę. Tym razem Warszawa skąpana była w wiosennym słońcu, niedziela półmaratońska była praktycznie pierwszym ciepłym dniem w roku, biegliśmy przez miasto w radosnej euforii, jak na haju. Wszystko było jasne i optymistyczne. Byłam za ciepło ubrana, na 15. kilometrze zrobiłam więc szybki mały striptiz. Na mecie czekali na mnie rodzice oraz Piotr z Maksiem. Wynik był lepszy niż w poprzednim roku, ale nadal daleko mu było do życiówki z 2004: 2 godz. 2 min. Jednak ten bieg wspominam z przyjemnością, mam z niego zdjęcie, które bardzo lubię.
W tym roku pogoda była wprost wymarzona na pierwszy wiosenny półmaraton, jednak ja nie mogłam w nim ani uczestniczyć, ani nawet kibicować na trasie znajomym. No trudno, może w przyszłym roku. Mam nadzieję, że impreza była udana, a wyniki conajmniej dobre.
A poza tym to muszę się odchudzać. Na poważnie. 58 kg to się zaczyna robić trochę za dużo. Dżinsy, które w styczniu były bardzo wygodne, dzisiaj tak mi opinały dupsko, że prawie pękały przy siadaniu. Powinnam wyeliminować z diety rzeczy następujące: żółty ser, salami, sery pleśniowe do winka, spaghetti aglio olio e pepperoncino w ilościach nadmiernych (raz w tygodniu może być), pasztety Mamy. Kanapki zamiast obiadu, a potem kanapki na kolację. Ciasta na deser po niedzielnych obiadach. Jeść więcej owoców i warzyw. No i przede wszystkim zerwać z uzależnieniem od Red Bulla, bo to przecież sam cukier.



