Szewski wtorek
marzec 26, 2008 autor joycat
Z moich obserwacji wynika, że święta wpływają degradująco na ludzkie samopoczucie i wygląd. Potwierdza to zresztą pobieżna lustracja współpracowników, z których co drugi narzeka na poświąteczne zmęczenie, niezidentyfikowany ciężar w wątrobie i ogólne rozmamłanie, a każdy obnosi z bolesną miną podkrążone oczy i ziemistą cerę. Korków rano nie było, co oznacza, że bardziej inteligentni ludzie postanowili wziąć dzień wolny na poświąteczny odpoczynek. Decyzja w pełni słuszna. Żałowałam wczoraj, że nie postąpiłam podobnie, bo ewidentnie wczorajszy dzień był z gatunku tych, o których jak najszybciej chciałoby się zapomnieć.
Nie biegałam, mimo że kalendarz pokazywał wtorek - biegałam w poniedziałek, a przedtem w niedzielę i w sobotę, więc po trzech dniach truchtania uznałam, że należy mi się odpoczynek. Powinnam zaliczyć bieganie dzisiaj lub nawet dopiero jutro. Waham się nad wyborem trasy: czy spróbować już dziesięciu kilometrów? Powinnam również włączyć już do treningu przebieżki. Mój mózg pamięta jednak, jak bolesne bywają przebieżki, gdy brak wytrenowania, i wynajduje tysiące pretekstów, aby opóźnić zastosowanie tego prostego, a jakże skutecznego środka treningowego. A to podłoże nie to, a to już zmęczona jestem, a to pogoda nie sprzyja. Typowe. Ponieważ jednak pamiętam, jakie świetne efekty przyniosły przebieżki, gdy biegałam w czerwcu 2003 biegałam je po raz pierwszy, jestem zdeterminowana, aby zacząć je jak najszybciej; no zobaczymy, jak bardzo będę zdeterminowana na ósmym kilometrze najbliższego treningu.
Wracając jednak do wczorajszego dnia. Znowu przytarłam prawy tylny błotnik samochodu parkując w garażu podziemnym pod naszym domem. Zafiksowałam się totalnie na tym, że już dwa razy uszkodziłam samochody: za pierwszym razem, miesiąc temu, przednim zderzakiem zarysowałam delikatnie poloneza sąsiadów, za drugim razem, w Lany Poniedziałek, starając się ze wszystkich sił, aby nie zahaczyć tego nieszczęsnego poloneza, przytarłam swój samochód o ten cholerny betonowy słup, który stoi przy moim miejscu parkingowym. Wczoraj, we wtorek, wjechałam do garażu cała drżąca ze strachu przed czekającym mnie manewrem; polonez – a jakże - stał na swoim miejscu, bo Pani Sąsiadka jest niepracująca, i zaczęłam się wsuwać centymetr po centymetrze między poloneza a słup. W pewnym momencie: szuuuuur. I po ptakach.
Wysiadłam z samochodu taka wściekła, że aż się trzęsłam. Szkoda nie była duża, ledwie ryska, ale fakt, że stało się to zaledwie dzień po pierwszym poharataniu tego błotnika, wyprowadził mnie kompletnie z równowagi. W domu, najpierw napyskowałam Piotrowi, który chcąc mi ulżyć w bólu zaproponował zamontowanie dodatkowego szerokokątnego lusterka po prawej stronie, a potem zamknęłam się w łazience na długie ryczenie. Po godzinie zmyłam rozmazany makijaż, wzięłam prysznic i postawiona do pionu, ale lekko zapuchnięta zaczęłam swoje domowe wieczorne aktywności. Ale do końca dnia miałam humor mocno zwarzony.
Mam nadzieję, że dzisiaj zaparkuję auto bez problemów. Zwłaszcza, że zgłosiłam już szkodę do ubezpieczyciela, lada dzień zamalują mi to zadrapanie, i głupio by było, gdybym tak ciągle zawisała na tym słupie. Chyba będę musiała nauczyć się parkowania tyłem.
