Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy.

Ten cytat jest być może niedokładnie przywołany, ale dobrze oddaje mój obecny stan ducha. Nie lubię zaczynać, mimo że początek jest niezbędny, aby coś potem miało swoją kontynuację. W każdy Nowy Rok dostaję drgawek na widok kalendarza, w którym widnieje 365 pustych, niezapełnionych treścią dni. Myśl o przeprowadzce, która mnie czeka w perspektywie najbliższego roku, napawa mnie grozą. Wykonanie kroku, który jest początkiem, zawsze w moim przypadku poprzedzone jest drobiazgową oceną sytuacji i pedantycznymi przygotowaniami. Podobno wszystkie zodiakalne Panny tak mają.

No dobrze. Generalnie chodzi mi o to, że znowu muszę wszystko zaczynać od początku. Bieganie zaczynać od początku. Miałam pięć miesięcy przerwy. Przerwy spowodowanej faktem, że obraziłam się. Zaczął mnie wkurzać ten wewnętrzny głos, który opierdzielał mnie równo za każdym razem, gdy opuściłam zaplanowany “trening”. W końcu bieganie ma być przyjemnością, a nie przymusem, czy tak? No więc odpuściłam sobie, mówiąc “A mam to gdzieś, nie będę biegać”. Byłam ciekawa, kiedy zacznę znowu myśleć o bieganiu w sposób pozytywny. I tak minął październik (“Ach, jak mi dobrze bez tego całego sportu, ile mam teraz wolnego czasu!”), potem listopad (“Co za ohydna pogoda, musiałam mieć kiedyś nie po kolei w głowie, gdy w taką aurę zasuwałam po Łosiowych”), potem grudzień (nieskażony myślą o bieganiu), styczeń (jak wyżej), luty (“O, biegacz!” – gnając samochodem z pracy do domu – “.. ten to ma fajnie, nie to co ja, zagoniona mamuśka..”). Zaczął się marzec. Hmm. Zajrzałam na dawno nie odwiedzane forum – zdaje się, szukali mnie. Zajrzałam do szafy. Buty jak stanęły, porzucone jesienią, tak nadal stały. Weszłam na wagę: można się było tego spodziewać, jest mnie więcej.

To cut the long story short, w zeszłym tygodniu postanowiłam przerwać stan nicnierobienia i po raz pierwszy wyszłam na bieganie. Ciuchy nadal na mnie pasowały, buty te same, tylko… kondycja niestety już nie ta. Było tragicznie. Tętno na granicy zawału, słabość w nogach, siła – zero. Następnego dnia zakwasy, kara jak najbardziej zasłużona. Czy mogłam się spodziewać, że nie będzie konsekwencji? Zanalizowałam sobie kilka dni temu przebieg siedmiu lat mojego biegania. Statystyki, średnie, ilości kilometrów, te sprawy. Trendy, jakie z nich wynikają, w piękny sposób opowiadają moją historię. Pierwsze trzy lata biegania 2001-2003 to przymierzanie się do tematu, kilometraże stopniowo rosnące. Czas absolutnej fascynacji. Rok 2004 to szczyt moich biegowych osiągnięć (so far – bo może kolejne tłuste lata przede mną), miesięczne przebiegi na poziomie 250 kilometrów. To było 10 kilogramów temu. Jesienią 2004 ciąża. Od tego momentu ilości kilometrów stopniowo, acz łagodnie opadają na wykresie w dół. Maks urodził się latem 2005 i od tamtego momentu, aż do dzisiaj próbuję jakoś to wszystko ze sobą pogodzić: dziecko, pracę zawodową, dom, bieganie. Siłą rzeczy bieganie zjechało w dół na liście moich priorytetów. Dzienniczek treningowy z lat 2005-2007 opowiada historię mojej nierównej walki o utrzymanie systematyczności. Dość smutna to historia. Ale i pouczająca. Błędy to wielkie chwile.

Dzisiaj, przepracowawszy sobie w rozumie mój prywatny stosunek do tego pięknego sportu, jakim jest bieganie, wiem, że jeszcze przez wiele lat nie będzie mnie stać na ponowne zaangażowanie się w jakiekolwiek treningi, własnego trenera, częsty udział w zawodach. Bieganie – tak jak sobie na głos liczę – jest w tej chwili szóste na liście moich życiowych tematów. Ważne jednak, iż na nią znowu powróciło. Teraz to będzie już inne bieganie. Na pewno wolniejsze i spokojniejsze. Częstotliwość postaram się utrzymać taką jak dawniej: cztery razy w tygodniu. Będę też biegać głównie sama, podczas gdy dawniej sens mojemu bieganiu nadawała grupa przyjaciół-biegaczy. Uśmiecham się do siebie: w życiu się wszystko zmienia, nawet nasze pasje nabierają innych odcieni w miarę, jak robią się starsze.

Aha. Tytuł tego bloga to fragment pewnej sentencji, którą wyszperałam dawno temu na jakiejś biegowej stronie internetowej: The long run is what puts the tiger in the cat. Rozumiem ją w ten sposób, że bieganie wyzwala w nas tę wewnętrzną, nieuświadomioną energię. Że przeobraża nas z kanapowych kotów w tygrysy długich dystansów. O biegach na krótki dystans mam słabe pojęcie (ale podziwiam), natomiast długie kilometraże są w jakimś sensie doświadczeniem metafizycznym, które pozostawia w umyśle głęboki nieusuwalny ślad. To może dlatego, gdy w zeszłym tygodniu wyszłam biegac po raz pierwszy od pięciu miesięcy, nie umarłam po pierwszym kilometrze, tylko przetruchtałam całe pięć, mimo ogólnej słabości i przerażenia własnym stanem. Pamięć mięśniowa = pamięć kilometrów, które ma się w nogach.

No i tak to wygląda. Blog jest na razie wyłącznie do mojego wglądu; jeszcze nie podjęłam decyzji, czy go upublicznię. Mam z tym pewien kłopot. No zobaczymy. Pewnie będzie tu nie tylko o bieganiu. Może się zanudzę, a może wyjdzie z tego jakaś książka. We’ll see.