Zdaje się, że to już dwa tygodnie, odkąd mnie tu nie ma. A deszcz pada i pada. Ale to nie z powodu deszczu. Po prostu za dużo zajęć. W domu ospa wietrzna, ja tonę w papierach, w pracy też się dzieje. Do urlopu pozostał mi tylko miesiąc, mam wrażenie, że do terminu wyjazdu będę musiała się doczołgać. No naprawdę – dość mocno zmęczona jestem. Ale to chyba żadna nowość w czerwcu? Muszę znowu dokonać zmian w moim życiu, jakoś o siebie zadbać, bo inaczej przedwcześnie się zestarzeję. Te zmęczone oczy w lustrze – żaden super-hiper krem nie pomoże.
czerwiec 13, 2009
Deszcz padał cztery lata

Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Były okresy mżawki, kiedy wszyscy wkładali pontyfikalne szaty i przybierali wyraz twarzy rekonwalescentów, żeby uczcić koniec pory deszczowej, wkrótce jednak przyzwyczaili się interpretować te pauzy jako zapowiedzi wzmożonej ulewy. Niebo rozdzierały niszczycielskie burze, a z północy przychodziły huragany, zrywały dachy domów, rozwalały ściany i wyrwały z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach.
czerwiec 8, 2009
Autobus z Chińczykami
Jest jak Latający Holender. Pojawia się znikąd i nie wiadomo dokąd jedzie. Jest biały, bez żadnych napisów reklamowych na karoserii, nie zdążyłam też dostrzec numerów rejestracyjnych. Autobus z Chińczykami.
czerwiec 2, 2009
Jak co roku truskawki

Letni dzień, popołudnie. Kuchnia, okno z widokiem na drzewa. Słychać szum deszczu. Przy zlewie stoi kobieta. Płucze truskawki i odrywa im zielone ogonki. Po kuchni kręci się kilkuletni chłopiec.
maj 31, 2009
Aniołowie w kręgle grali
Z samego rana potworna wtopa, gafa i wpadka w jednym, aż wstyd się do tego przyznać. Nie wiem, jak to możliwe, ale zapomniałam o Biegu Truskawki. Po prostu zapomniałam. I w sumie nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że w tym biegu miałam wystartować razem z Pitem – bo w tym biegu jest taka opcja, że można biec parami, tzn. para jest potem razem klasyfikowana. Pit – przyjmij proszę moje publiczne przeprosiny. Czerwienię się na samo wspomnienie dzisiejszego poranka – zawaliłam na całej linii. A stało się tak dlatego, że nie zapisałam tego biegu w żadnym kalendarzu, których ponoć mam aż cztery, czego Pit nie omieszkał mi wytknąć podczas rozmowy telefonicznej
A zatem prostuję: kalendarze mam tylko dwa. Jeden zwykły, “odręczny”, w którym bazgrolę terminy prywatne, a drugi – elektroniczny, w którym mam terminy i spotkania zawodowe, a także niektóre terminy prywatne. Tym razem jakimś dziwnym trafem stało się tak, że Bieg Truskawki nie znalazł się ani w jednym, ani w drugim kalendarzu. A czego nie ma w moim kalendarzu – to po prostu nie istnieje. Może w przyszłym roku uda mi się nie zawalić sprawy, przykleję sobie rimajndera na lodówce
maj 27, 2009
Sprawa smaku
Od rana gorzki smak na języku. Wraz z upływem godzin krzywiłam się coraz bardziej, ten niesmak rozlewał się po moich żyłach i zatruwał każdą komórkę ciała. Późnym popołudniem skrajne wyczerpanie: marzyłam tylko o tym, aby iść spać. Jakoś dotrwałam do dwudziestej, Maks już w łóżku, Piotr usadowił się przed telewizorem, aby obejrzeć Finał Marzeń; właśnie myłam zęby zamierzając położyć się natychmiast do łóżka i poczytać przed snem moje ulubione opowiadania Zew Cthulhu H.P. Lovecrafta, gdy nagle – wspomnienie jak rozbłysk flesza – przypomniały mi się dwa wiersze. Nauczyłam się ich na pamięć jeszcze w liceum, i teraz zabrzmiały mi w głowie pełnym głosem, z dokładnym odtworzeniem intonacji, z jaką recytowałam te utwory dawno, dawno temu. Wyprostowałam się nad umywalką i zagapiłam na siebie w lustrze: ciekawe, jakimi ścieżkami wędrowały moje myśli, że przypomniały mi się, właśnie teraz, Tren Fortynbrasa i legendarna Potęga smaku Zbigniewa Herberta.
maj 26, 2009
Róbmy swoje
Usiadłam właśnie, żeby napisać tu coś mądrego, coś namaszczonego. Słowa wylewają się ze mnie, ale jednocześnie jestem jak zakneblowana, sensownego zdania w głowie nie mogę sklecić. Więc był sobie dzisiaj taki to a taki dzień, myślałam o tym i owym, wydarzyło się to i owo. Z rzeczy nieistotnych, które przemknęły obok mnie niepostrzeżenie, wymienić mogę co następuje:
maj 24, 2009
Joanny, Zuzanny
Dzień jak codzień, nawet nie jak niedziela. Wstałam – nieprzytomna, prysznic, zjadłam trzy kanapki, pojechałam, w samochodzie słuchałam Miki Urbaniak, ścigała się ze mną jakaś biała furgonetka, potem wróciłam, i nic, zero, dzień jak codzień. Niech ta niedziela się już skończy.
maj 24, 2009
Marsjanie atakują
Kolano uleczone. Czy sprawiła to magnetyczna opaska, czy też po prostu tydzień przerwy i odpoczynek dla przeciążonego stawu – w każdym razie jest znacznie lepiej. W czwartek wieczorem pojechałam do parku sprawdzić, przetestować, wypróbować: swoje lewe kolano oraz własną pamięć motoryczną. Z rolkami jest na szczęście tak jak z jazdą na rowerze: czego się człowiek raz nauczył, tego już raczej nie zapomina. Wskoczyłam na asfaltową ścieżkę i popędziłam przed siebie.
maj 19, 2009
Babsztyl
Mój mąż – nota bene świetny kierowca z syndromem Brudnego Harry’ego – twierdzi, że kobiety za kierownicą, włącznie z jego żoną, są nieuprzejme i złośliwe. Czasami prowadzę z nim na ten temat bardzo ożywione dyskusje dowodząc, że o zbiorowym charakterze kobiet nie można przesądzać na podstawie ich jednostkowych zachowań na drodze i że takie – powiedzmy to sobie szczerze: szowinistyczne tezy są kompletnie bzdurne, zwłaszcza gdy nie podparte danymi empirycznymi. Ale w sumie co mi tam – upierać się nie będę: rzeczywiście jesteśmy nieuprzejme i złośliwe. Śmiem jednak przypuszczać, że nasza domniemana złośliwość jest przeważnie reakcją na – określę to eufemistycznie – brak dobrych manier mężczyzn-kierowców.


