Mija miesiąc odkąd z powodu choroby przestałam biegać. Byłam dziś na dwóch wizytach kontrolnych. Moje panie doktorki zgodnie orzekły, że jestem uleczona. Pulmonolożka kazała wprawdzie kontynuować wdychanie proszków, po których drżą mi ręce i kołacze serce, ale tylko jeszcze przez miesiąc, a potem się zobaczy. Za miesiąc mam też zrobić badanie mechaniki oddychania – jakoś tak to się nazywa – bo wyniki spirometrii, jak pisałam w poprzedniej notce – kiepskie, i pytanie jest: dlaczego. Internistka zaś obejrzała wyniki morfologii i stwierdziła, że jestem w świetnej formie. Pożegnałyśmy się miło, ja zadowolona, one obie też. Super jest wyzdrowieć. Od razu czuję się lepiej!
Tegoroczny styczeń zapisze się w mojej pamięci jako wyjątkowo paskudny miesiąc. Najpierw dwa tygodnie chorowania, a teraz – gdy już niby wszystko powinno być dobrze – permanentny dół, z którego nie mogę się wydostać. Ciemności kryją ziemię. Odkrywam w sobie jakieś nieprzebrane pokłady pesymizmu i zwątpienia we wszystko, nawet w plan niedzielnych zajęć na łonie rodziny. Gdy sobie dzisiaj wyobraziłam, że po powrocie z pracy będę musiała wykonać tę samą serię codziennych domowych czynności, w żółtym zimowym świetle naszych lamp, zza zamkniętymi żaluzjami naszych okien, ze śniegiem zalegającym na parapetach i na oknie naszej sypialni – to nawiedziła mnie myśl o natychmiastowej ucieczce.
Mróz wszystko zamraża. Również moją aktywność na blogu. Ale jak się okazuje po przestudiowaniu statystyk wizyt, bynajmniej nie jestem tu potrzebna, bo i tak jest czytane. Tiger cat, cat na WAT, Łosiowe cat, tajger, taiger, tajgerindecat, joycat, joykat, joycat blog – szukają mnie. I znajdują. Ale tu ostatnio nie dzieje się nic ciekawego.
Abstrahując od mojego zimowego doła: są na tym świecie tragedie, o których się nie śniło naszym filozofom. Boga nie ma. Gdyby istniał, to czy zsyłałby tak straszną katastrofę na jedno z najbiedniejszych państw na świecie? Nie stać go na miłosierdzie? A może mimo wszystko jest to ten sam Bóg, który w Biblii przybiera postać nie znającego litości Jahwe? Zbieram się do napisania o tym od kilku dni, próbując uporządkować własne odczucia na temat skutków trzęsienia ziemi w Haiti. Oczywiście współczucie. To pierwsza emocja, jaka się we mnie pojawia. A druga? Wyłącznie irytacja. Trzecie odczucie: dejà vu.
Siedzę i płaczę. Odchodzi z pracy moja szefowa. Płakać z takiego powodu – kompletne szaleństwo. Wysłała pożegnalnego maila, ja jej odpisałam i nagle dopadło mnie jakieś przerażające poczucie osamotnienia, rozciągające się na wszystkie obszary mojego życia. Samotność w tłumie ludzi – chyba większość z nas to przerabia. Zupełnie nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić. Wszystko się chrzani i nikogo to nie obchodzi. Jestem kompletnie rozmontowana, jakby mi ktoś wyłączył prąd.
Nie jestem jakoś specjalnie zachwycona życiem, co chyba widać na załączonym obrazku. Już tyle lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim – a zwłaszcza na tak długim – że nie pamiętam, co się na takim L4 powinno robić. Teoretycznie powinno się spać, patrzeć w sufit, zażywać lekarstwa, grzać się pod kocykiem. Ja po tygodniu grzania się pod kocykiem mam już tego dosyć – wystarczy na najbliższe dwadzieścia lat. Całymi dniami siedzę zgarbiona przy stole w kuchni i jak nie odpisuję na maile, to poprawiam jakieś prezentacje. I czytam.
Ponura sprawa. Byłam dziś – w niedzielę – na kontroli w przychodni. Doktor osłuchała mnie, zajrzała do gardła i wypisała kolejne zwolnienie lekarskie. Czuję się trochę lepiej, ale kaszelek wciąż nie odpuszcza, no i czasami znowu ciężko mi się oddycha. We wtorek idę na konsultację do pulmonologa, bo rtg coś tam jednak pokazało, jakieś podejrzane sprawy. No – mam nadzieję, że to nie gruźlica, ha ha.
Gdybym napisała, że jest mi źle – skłamałabym. Dobrze jest poleżeć pod ciepłym kocykiem i mieć wszystko w nosie. Jestem na legalnym chorobowym i regeneruję nadwątlone oskrzela. Mam zresztą wrażenie, że cała jestem trochę nadwątlona. Mój głos zupełnie nie mój. Nie poznaję w lustrze swojej bladej, pozbawionej makijażu twarzy, ale też nie ciągnie mnie szczególnie często w okolice lustra. Z pełną premedytacją trwam w stanie sauté.
Chyba to nie jest zapalenie płuc. Drugi dzień wdychania rozmaitych proszków i sprajów, a duszności minęły. Kaszlę jak potępiona, mogę jednak normalnie odetchnąć. Pełną piersią. Siedzenie w domu potrwa (mam nadzieję) tylko do końca tego tygodnia.
Disaster. Przez moment zastanawiałam się, czy powinnam w ogóle wliczyć dzisiejszy bieg – a właściwie jego namiastkę – do mojej statystyki. Ostatecznie zaliczam – wstałam, ubrałam się i wyszłam z domu, a na to, co było dalej, spuśćmy litościwą zasłonę milczenia.



Komentarze