czerwiec 28, 2009

Przerwa

Zdaje się, że to już dwa tygodnie, odkąd mnie tu nie ma. A deszcz pada i pada. Ale to nie z powodu deszczu. Po prostu za dużo zajęć. W domu ospa wietrzna, ja tonę w papierach, w pracy też się dzieje. Do urlopu pozostał mi tylko miesiąc, mam wrażenie, że do terminu wyjazdu będę musiała się doczołgać. No naprawdę – dość mocno zmęczona jestem. Ale to chyba żadna nowość w czerwcu? Muszę znowu dokonać zmian w moim życiu, jakoś o siebie zadbać, bo inaczej przedwcześnie się zestarzeję. Te zmęczone oczy w lustrze – żaden super-hiper krem nie pomoże.

Kontynuuj czytanie →

czerwiec 13, 2009

Deszcz padał cztery lata

pelargonie_banner

Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Były okresy mżawki, kiedy wszyscy wkładali pontyfikalne szaty i przybierali wyraz twarzy rekonwalescentów, żeby uczcić koniec pory deszczowej, wkrótce jednak przyzwyczaili się interpretować te pauzy jako zapowiedzi wzmożonej ulewy. Niebo rozdzierały niszczycielskie burze, a z północy przychodziły huragany, zrywały dachy domów, rozwalały ściany i wyrwały z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach.

Kontynuuj czytanie →

czerwiec 8, 2009

Autobus z Chińczykami

Jest jak Latający Holender. Pojawia się znikąd i nie wiadomo dokąd jedzie. Jest biały, bez żadnych napisów reklamowych na karoserii, nie zdążyłam też dostrzec numerów rejestracyjnych. Autobus z Chińczykami.

Kontynuuj czytanie →

czerwiec 2, 2009

Jak co roku truskawki

truskawki_ja_banner

Letni dzień, popołudnie. Kuchnia, okno z widokiem na drzewa. Słychać szum deszczu. Przy zlewie stoi kobieta. Płucze truskawki i odrywa im zielone ogonki. Po kuchni kręci się kilkuletni chłopiec.

Kontynuuj czytanie →

maj 31, 2009

Aniołowie w kręgle grali

Z samego rana potworna wtopa, gafa i wpadka w jednym, aż wstyd się do tego przyznać. Nie wiem, jak to możliwe, ale zapomniałam o Biegu Truskawki. Po prostu zapomniałam. I w sumie nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że w tym biegu miałam wystartować razem z Pitem – bo w tym biegu jest taka opcja, że można biec parami, tzn. para jest potem razem klasyfikowana. Pit – przyjmij proszę moje publiczne przeprosiny. Czerwienię się na samo wspomnienie dzisiejszego poranka – zawaliłam na całej linii. A stało się tak dlatego, że nie zapisałam tego biegu w żadnym kalendarzu, których ponoć mam aż cztery, czego Pit nie omieszkał mi wytknąć podczas rozmowy telefonicznej ;-) A zatem prostuję: kalendarze mam tylko dwa. Jeden zwykły, “odręczny”, w którym bazgrolę terminy prywatne, a drugi – elektroniczny, w którym mam terminy i spotkania zawodowe, a także niektóre terminy prywatne. Tym razem jakimś dziwnym trafem stało się tak, że Bieg Truskawki nie znalazł się ani w jednym, ani w drugim kalendarzu. A czego nie ma w moim kalendarzu – to po prostu nie istnieje. Może w przyszłym roku uda mi się nie zawalić sprawy, przykleję sobie rimajndera na lodówce :-)

Kontynuuj czytanie →

maj 27, 2009

Sprawa smaku

Od rana gorzki smak na języku. Wraz z upływem godzin krzywiłam się coraz bardziej, ten niesmak rozlewał się po moich żyłach i zatruwał każdą komórkę ciała. Późnym popołudniem skrajne wyczerpanie: marzyłam tylko o tym, aby iść spać. Jakoś dotrwałam do dwudziestej, Maks już w łóżku, Piotr usadowił się przed telewizorem,  aby obejrzeć Finał Marzeń; właśnie myłam zęby zamierzając położyć się natychmiast do łóżka i poczytać przed snem moje ulubione opowiadania Zew Cthulhu H.P. Lovecrafta, gdy nagle – wspomnienie jak rozbłysk flesza – przypomniały mi się dwa wiersze. Nauczyłam się ich na pamięć jeszcze w liceum, i teraz zabrzmiały mi w głowie pełnym głosem, z dokładnym odtworzeniem intonacji, z jaką recytowałam te utwory dawno, dawno temu. Wyprostowałam się nad umywalką i zagapiłam na siebie w lustrze: ciekawe, jakimi ścieżkami wędrowały moje myśli, że przypomniały mi się, właśnie teraz, Tren Fortynbrasa i legendarna Potęga smaku Zbigniewa Herberta.

Kontynuuj czytanie →

maj 26, 2009

Róbmy swoje

Usiadłam właśnie, żeby napisać tu coś mądrego, coś namaszczonego. Słowa wylewają się ze mnie, ale jednocześnie jestem jak zakneblowana, sensownego zdania w głowie nie mogę sklecić. Więc był sobie dzisiaj taki to a taki dzień, myślałam o tym i owym, wydarzyło się to i owo. Z rzeczy nieistotnych, które przemknęły obok mnie niepostrzeżenie, wymienić mogę co następuje:

Kontynuuj czytanie →

maj 24, 2009

Joanny, Zuzanny

Dzień jak codzień, nawet nie jak niedziela. Wstałam – nieprzytomna, prysznic, zjadłam trzy kanapki, pojechałam, w samochodzie słuchałam Miki Urbaniak, ścigała się ze mną jakaś biała furgonetka, potem wróciłam, i nic, zero, dzień jak codzień. Niech ta niedziela się już skończy.

Kontynuuj czytanie →

maj 24, 2009

Marsjanie atakują

Kolano uleczone.  Czy sprawiła to magnetyczna opaska, czy też po prostu tydzień przerwy i odpoczynek dla przeciążonego stawu – w każdym razie jest znacznie lepiej. W czwartek wieczorem pojechałam do parku sprawdzić, przetestować, wypróbować: swoje lewe kolano oraz własną pamięć motoryczną. Z rolkami jest na szczęście tak jak z jazdą na rowerze: czego się człowiek raz nauczył, tego już raczej nie zapomina. Wskoczyłam na asfaltową ścieżkę i popędziłam przed siebie.

Kontynuuj czytanie →

maj 19, 2009

Babsztyl

Mój mąż – nota bene świetny kierowca z syndromem Brudnego Harry’ego – twierdzi, że kobiety za kierownicą, włącznie z jego żoną, są nieuprzejme i złośliwe. Czasami prowadzę z nim na ten temat bardzo ożywione dyskusje dowodząc, że o zbiorowym charakterze kobiet nie można przesądzać na podstawie ich jednostkowych zachowań na drodze i że takie  – powiedzmy to sobie szczerze: szowinistyczne tezy są kompletnie bzdurne, zwłaszcza gdy nie podparte danymi empirycznymi. Ale w sumie co mi tam – upierać się nie będę: rzeczywiście jesteśmy nieuprzejme i złośliwe. Śmiem jednak przypuszczać, że nasza domniemana złośliwość jest przeważnie reakcją na – określę to eufemistycznie – brak dobrych manier mężczyzn-kierowców.

Kontynuuj czytanie →