Przeskocz do treści
Styczeń 3, 2012

297

Czy ktokolwiek chce jeszcze czytać o porannych epopejach Szalonego-Wstawacza-Przed-Świtem? Bo to niewyczerpany temat. Te tortury wciąż trwają. Nie – nie zmieniłam pory biegania. W dzień „pracujący” pobudka o czwartej, w weekendo – o szóstej, no, czasem o szóstej piętnaście. To trwa już ponad dwa lata i wciąż jest hardkorowo. Przyzwyczajenie? Nie istnieje. A zimą to już w ogóle, chociaż przyznaję, że tegoroczna aura wiele mi ułatwia. Ciekawe jest jeszcze, że dawne motywacje już na mnie nie działają – maraton, trenowanie, albo chociażby dbanie o wagę – ale za to pojawiły się nowe. Bywa, że dość zaskakujące.

Czytaj dalej…

Styczeń 1, 2012

Witaj Nowy Roku (265-296)

Dawno mnie tu nie było. Nie znaczy to jednak, że umarłam, albo coś w tym stylu. Wręcz przeciwnie: żyję i mam się dobrze, a czas zapierdala.* Jak na szalonej karuzeli. Różne rzeczy się pozmieniały w ciągu ostatniego roku i w ciągu ostatniego kwartału. Ale jedna rzecz jest wciąż niezmienna: bieganie. Jestem obecnie na numerze 296. Trzysta kilometrów od ostatniego wpisu – chyba dobrze liczę?

Czytaj dalej…

Październik 2, 2011

246-264 i Biegnij Warszawo

Tak długiej przerwy w pisaniu bloga to jeszcze chyba nie miałam. Czasu na to coraz mniej, wszystkie wolne chwile poświęcam na sprawy, które aktualnie są bardziej istotne. Jednak trzy lata pisania bloga robi swoje: codziennie myślę, że POWINNAM coś napisać, ale z kolei nic nie działa na mnie bardziej odstraszająco jak obowiązek, co do którego sensowności nie jestem przekonana. Więc im bardziej czułam, że powinnam, tym bardziej byłam niechętna. Ale muszę. No bo taka okazja była dzisiaj!

Czytaj dalej…

Sierpień 19, 2011

227-245

Wakacje powoli mają się ku końcowi. Wraz ze zbliżaniem się dwutygodniowego urlopu zaplanowanego na pierwszą połowę sierpnia zaprzestałam jakiejkolwiek blogowej działalności i na pewien czas nawet udało mi się zapomnieć, że takie miejsce w sieci w ogóle istnieje. Podczas urlopu miałam wprawdzie ze sobą mojego netbooka, a w naszym nadmorskim domku uruchomiliśmy wi-fi, ale starałam się nie wchodzić do netu, ani razu też nie zajrzałam na tę stronę (w międzyczasie wpadły komentarze, na które nie odpisałam – komentatorów przepraszam). Hektyczna warszawska rzeczywistość została za mną tak daleko, że z dużą łatwością odpięłam się od sieci i jedynymi punktami łączącymi mnie z wirtualnym światem były portale meteorologiczne – bo jak wiadomo prognoza pogody dla Polaka spędzającego wakacje nad Bałtykiem jest wiadomością najwyższej wagi, a pogoda bynajmniej nie była wirtualna. Tak więc wieczorami zamiast pisać bloga, czy też nawet uzupełnić od czasu do czasu dzienniczek biegowy, wolałam czytać książkę (same powtórki o drugiej wojnie światowej, tym razem nic odkrywczego).

Czytaj dalej…

Lipiec 13, 2011

225-226

W sprawie startu w Maratonie Warszawskim konkluzji wciąż brak. Decyzji również. Biega mi się tak beznadziejnie, że w ogóle nie widzę się w maratońskich okolicznościach. Aż mnie to dziwi: co się dzieje, że taka jestem zdechła i bez sił do żwawszych kilometrów? Stan jest niebezpieczny, bo gdy biega mi się źle, to od razu chęci na bieganie mniej i co rano muszę akrobacje sama ze sobą wyprawiać, żeby w ogóle wstać z łóżka.

Czytaj dalej…

Lipiec 8, 2011

223-224

Wieść dnia: w Maratonie Warszawskim, w jednej z drużyn akcji Polska Biega, wystartuje mama mojego kolegi z pracy. We wczorajszej Wyborczej była o niej krótka notka, wraz ze zdjęciem. Gdy dowiedziałam się o tym dzisiaj rano, to oprócz tego, że poprosiłam kolegę o przekazanie mamie wielkich gratulacji z mojej strony, gratulacji, że odważyła się na publiczne podjęcie takiego wyzwania, to poczułam jeszcze coś…

Czytaj dalej…

Lipiec 4, 2011

Kajano

Moje Kayano 16, szósta para tej marki i tego modelu w jakiej biegam, dokonują żywota w sposób bardzo spektakularny po niespełna sześciuset kilometrach. Nieszczęsne zapiętki. Uległy całkowitej destrukcji. Ostała się w zasadzie tylko twarda zewnętrzna skorupa buta – trudno powiedzieć co to za tworzywo, jest bardzo sztywne – tymczasem cała wyściółka zapiętka, wewnętrzna gąbka i materiał od środka, wszystko wytarło się, wypruło, oderwało, odleciało, słowem uległo tajemniczej dematerializacji. Nie – bynajmniej wręcz – w innych butach moje stopy nie dokonują tego typu masakr. Mam normalne stopiszcza, nie tknięte deformacją i kontuzjami, i nawet byłam dzisiaj na pedikjurze. Zniszczenia, jakim w przeciągu trzech miesięcy uległy Kayano 16, są dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Oskarżycielski palec wyciągam w stronę chińskiego producenta.

Czytaj dalej…

Lipiec 3, 2011

214-222

Czerwiec zakończyłam z kilometrażem 180 km. Szansa na złamanie 200 km była całkiem realna, ale niestety kilka poranków okazało się na tyle trudnych, że poległam. Sto osiemdziesiąt to jednak znacznie więcej niż zero, więc nie załamuję rąk. Mimo to nadal nie wiem, co z tym wrześniowym maratonem. Są dni, kiedy mam powera – a są inne, kiedy zdycham. Myślę sobie czasem, że zupełnie nie czuję się na siłach biec przez czterdzieści dwa kilometry. Ale jeszcze nie składam broni. Będę walczyć w czasie wakacji.

Czytaj dalej…

Czerwiec 19, 2011

209-213

Czy niebieganie może zepsuć cały dzień? Może, i to z kretesem. To przerażające uświadomić sobie, jak to człowiek popada z jednego uzależnienia w drugie. W szponach uzależnienia od endorfin? Przecież to jest ostatecznie taka sama chemia jak te wszystkie syntetyczne narkotyki, z tą różnicą, że produkowana przez nasze własne mózgi. Myślę, że jestem w ciężkim uzależnieniu.

Czytaj dalej…

Czerwiec 10, 2011

201-208

Siadam i piszę, bo mi tu już blog obumiera. Nie było mnie tutaj prawie dwa tygodnie: rzeczywistość skrzeczy i zagania człowieka do roboty. W kończącym się właśnie tygodniu nie byłam też jakoś specjalnie zachwycona życiem i po powrocie z pracy ciskałam plecak z komputerem daleko w kąt, żeby zszedł mi z oczu, więc wszystko to razem do kupy wzięte zupełnie nie sprzyjało pisaniu. Ani czasu, ani ochoty. Zaliczam jakiś twórczy dołek. Na szczęście jednak nie jest to dołek biegowy.

Czytaj dalej…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.